Potrzebujesz inspiracji? Kogoś, kto zmieni Twoje myślenie i da Ci powód do działania? Opowiem Ci o TED.

maxresdefault

TED jest organizacją zajmującą się szerzeniem idei, dzięki którym mamy szansę zmienić świat; które są warte przekazania młodym ludziom. TED powstał już 25 lat temu i do dzisiaj aktywnie działa, organizując konferencje zarówno ogólnokrajowe, jak i te niezależne, mniejsze, lokalne (TEDx).

Na oficjalnej stronie możemy obejrzeć przemowy (zakładka „Talks”) inspirujące do refleksji i podjęcia działań. Mamy także możliwość przeczytania transkrypcji w różnych językach.

Amy Cuddy zwraca uwagę słuchaczy na język ciała i to, jak on kształtuje naszą osobowość. Wpływa on na to, jak odbierają nas inni, a także jak my widzimy samych siebie. Amy najbardziej skupia się na niewerbalnym wyrażaniu siły i dominacji, które charakteryzuje się postawą otwartą. Natomiast można łatwo zauważyć, że w sytuacji, kiedy jedna osoba wykazuje taką postawę – druga automatycznie staje się przeciwieństwem, ponieważ wyczuwa nad sobą dominację. Przejawia się to przybraniem postawy zamkniętej. Amy Cuddy podaje ciekawy przykład osoby niewidomej wygrywającej wyścig. Taka osoba nie mogła nigdy zobaczyć podobnego zachowania, kiedy sportowcy przekraczający metę unoszą ręce, układając je w literę V. Jednakże ta niewidoma osoba robi to nieświadomie, co świadczy o jej dumie z samej siebie. Warto więc zwracać uwagę na język ciała i wprowadzać zmiany w swój własny, bo mało kto wie, ale samą swoją postawą możemy już dużo osiągnąć.

one-idea-bulb-can-be-lifechanging-life-light-favim-com-445542

Photo: Milena Dekic

Inny mówca, Daniel Levitin zadaje pytanie „Jak być spokojnym, kiedy już wiemy że będziemy się stresować?”. Podczas stresu nasz mózg uwalnia kortyzol, który jest toksyczny i powoduje tak zwane „cloudy thinking”, czyli niejasne myślenie. Daniel odwołuje się do Gary’ego Klein’a, który to zapoczątkował i stosuje metodą pre-mortem. Przedrostek pre- daje do zrozumienia, że przyszły stres należy zacząć zwalczać już wcześniej, zapobiegawczo. Daniel Levitin daje rady, by przeanalizować to, co ma się wydarzyć i przemyśleć, co takiego może pójść źle. Dobrym przykładem jest gubienie ważnych rzeczy w momentach pośpiechu, przygotowując się do wyjazdu, czy wychodząc na ostatnią chwilę z domu. Jeśli mamy tendencję do zapominania, gdzie położyliśmy kluczyki od samochodu, paszport czy okulary do czytania – stwórzmy miejsca, które będą nam o nich zawsze przypominać. Na kluczyki dobry będzie haczyk w korytarzu, w szufladzie natomiast trzymajmy dokumenty, a okulary do czytania na szafce nocnej. Dzięki kojarzeniu przedmiotów z miejscami pozbędziemy się nerwowego szukania i wmawiania sobie, że „nie zdążymy, nie będziemy na czas, a to co mamy zrobić – nie uda się”. Dlatego spróbujmy już dziś zaprowadzić porządek w tych małych strefach naszego życia!

Jeżeli szukacie inspiracji, przemów, dat wydarzeń, które organizuje TED – wejdźcie na ich oficjalną stronę. Każde zainteresowanie to mały krok do lepszej przyszłości, także zadbajcie o siebie i o swój umysł.

TEDYouth-hero_859x300px-v1

Global Talents – rozmowa z uczestniczką programu Marzeną Świętanowską.

Przeprowadziliśmy rozmowę z Marzeną Świętanowską, praktykantką Global Talents.Przebywa ona obecnie na praktykach w firmie Microsoft w Luxemburgu. Przeczytajcie sami jak wyglądał proces poszukiwania przez nią praktyki oraz jak wygląda jej codzienna praca!

1. Dlaczego zdecydowałaś się na praktyki Global Talents?

Powodów było kilka. To profesjonalne praktyki, odpłatne, często odbywające się w światowych korporacjach lub dobrze prosperujących mniejszych firmach co było dla mnie istotne. Kolejny plus to fakt, że ponieważ AIESEC pośredniczy w procesie wyjazdu, można być spokojnym, że praktyka i firma są sprawdzone, a także czuć się bezpieczniej wiedząc, że na miejscu AIESEC-erzy pomogą nam odnaleźć się w innej rzeczywistości.

2. Jak długo szukałaś swojej wymarzonej oferty?

Łącznie około 8 miesięcy, gdyż w międzyczasie wyjechałam z AIESEC na wolontariat 😉

3. Jak wyglądał proces rekrutacji?

Oczywiście najpierw znalazłam ofertę praktyki, odpowiedziałam na zgłoszenie wysyłając CV, otrzymałam odpowiedź o przejściu do następnego etapu, którym była rozmowa z praktykantką HR również odbywającą praktyki w ramach Global Talents z AIESEC. Po przejściu tego etapu czekała mnie kolejna rozmowa – z osobami decyzyjnymi z firmy. A potem już tylko dobre wieści 😉

4. Jak wygląda Twój dzień pracy?

Przede wszystkim dość dowolnie. Moje godziny pracy są elastyczne. W tym kraju dla większości firm pora lunchu wydaje się być świętą, więc to pewniak w ciągu dnia – od 12.00 do 13.00 i tak trudno cokolwiek załatwić, więc można spokojnie dołączyć do reszty ucztującego luksemburskiego świata 😉 Póki co, nie prowadzę własnych projektów, jednak pomagam przy wszystkich aktywnościach marketingowych oddziału. Mam zadania stałe, takie jak sprawdzanie prasy, monitoring social mediów czy przygotowywanie cotygodniowych prezentacji, ale każdego dnia pomagam przy wielu różnych projektach, które realizuje firma. Czasem dzień mija powoli i spokojnie a czasem czuję się jak maratończyk! Ale póki co, nie mam jeszcze dość 🙂

5. Co, oprócz pracy, można robić przebywając na praktyce Global Talents?

Wszystko co się chce i więcej. To, jak rozplanujemy sobie czas zależy tylko od nas. Na pewno w większości wypadków lokalny oddział AIESEC pomoże wypełnić nam czas po pracy. W moim przypadku, to się nie sprawdziło – malutkie państewko, malutki i zupełnie nowy Oddział. Ale zaprzyjaźniłam się z jedyną oprócz mnie praktykantką w Luksemburgu a potem… nastąpił efekt kuli śniegowej. Po 2 miesiącach czasem ciężko o leniwy wieczór 😉

6. Czy wyjazd na praktyki zagraniczne zmienił w jakiś sposób Twój styl życia, światopogląd?

Wyjazd na pewno dostarcza wielu cennych doświadczeń i to nie tylko w sensie profesjonalnym. Praktyka i to czego się na niej nauczymy to jedna strona medalu. A druga to posmakowanie życia w innym miejscu, innej rzeczywistości wśród innych osób, często odmiennych kulturowo. Jeżeli ktoś lubi wyzwania to wyjazd na pewno jest dla niego, a jeżeli ktoś się ich boi – to tym bardziej (!) – bo praktyka z AIESEC to szansa na zdobycie profesjonalnego doświadczenia w „kontrolowanych warunkach”.

Dziękujemy za rozmowę!

Jeśli chcesz tak jak Marzena przeżyć niesamowitą przygodę i zdobyć cenne doświadczenie, aplikuj na Global Talents TUTAJ.

Program Top Students – wiele zyskujesz, a nic nie tracisz!

Jesteś osobą aktywną, wiecznie zaangażowaną w różne zajęcia na uczelni i poza nią? Masz ambicje zbudować dla siebie silne CV, na które po ukończeniu studiów Twoi przyszli pracodawcy spojrzą z podziwem? Zbierasz na studiach same dobre oceny lub uważasz, że wyróżniasz się spośród studentów pod innym względem?

Program Top Students już czeka! Program Top Students to konkurs, który wyłoni najlepszego studenta na Twojej uczelni i umożliwi mu wyjazd na profesjonalne praktyki zagraniczne zorganizowane przez AIESEC w ramach programu Global Talents. Wygrany nie ponosi opłaty!

No dobrze, ale co to za praktyki? Osoby biorące udział w programie mają szansę odbyć praktykę za granicą w zakresie jednej z czterech dostępnych dziedzin: -Marketing -Edukacja -IT -Przedsiębiorczość

Dokąd mogę pojechać i na jak długo? Organizacja AIESEC działa w 126 krajach na świecie – to Ty wybierasz, w którym z nich chciałbyś odbyć praktyki, które mogą trwać od trzech do osiemnastu miesięcy.

Co będę z tego miał? Kilka nieprzemijających wartości: Zdobędziesz profesjonalne doświadczenie zgodne z Twoją ścieżką kariery Dopiszesz kolejną, mocną pozycję w swoim CV Będziesz miał możliwość pracy w wielokulturowym środowisku!

Ale czy na pewno się nadaję??? No pewnie! Działasz dodatkowo w kołach naukowych? Twoje wyniki w nauce i osiągnięcia wyróżniają się na tle pozostałych studentów? Kryteria mogą być naprawdę różne! Sprawdź, jakie kryteria przyjęła Twoja uczelnia i daj sobie szansę. Opowiedz nam o sobie – o swoich pasjach, planach i doświadczeniach. Kto wie, co z tego wyniknie? 🙂 blogd

“Niesamowity wolontariat…”

我爱西安, czyli niesamowity wolontariat w Chinach!

Myśl wyjazdu na wolontariat zagraniczny zrodziła mi się w głowie, gdy byłam na ostatnim

roku moich studiów na kierunku stosunki międzynarodowe. Przypadkiem trafiłam na

ofertę wyjazdu w ramach programu Global Citizen i od razu wiedziałam, że to jest to! Cel

mojej wyprawy był oczywisty – CHINY. Jestem zafascynowana kulturą chińską, historią

oraz językiem, którego uczę się od prawie 2 lat. Mój projekt miał odbywać się w szkole

podstawowej w Syczuanie, lecz z powodu złych warunków atmosferycznych został

odwołany na 2 tygodnie przed moim wyjazdem. Generalnie stwierdziłam, że

najważniejszy jest cel mojej podróży, czyli pomoc innym, a nie miejsce, więc od razu

zgodziłam się na zastępczy projekt. Tak więc los zadecydował, że trafiłam jednak do

Xi’anu, gdzie miałam pomagać w opiece nad dziećmi z autyzmem oraz innymi

upośledzeniami umysłowymi. Gdy wylądowałam w Pekinie, przywitał mnie ogrom ludzi

na lotnisku oraz straszny upał. Od razu mogłam się przekonać na własnej skórze co

oznacza liczba 20 mln samych Pekińczyków. Początkowo mieszkałam u host family,

która była bardzo serdeczna oraz przywitała mnie kolacją z tradycyjnymi chińskimi

potrawami. Niektóre dania wyglądały co najmniej dziwnie, lecz stwierdziłam, że jestem w

Chinach i powinnam wszystkiego spróbować. Na szczęście obyło się bez problemów i

chińskie jedzenie okazało się bardzo smaczne. Już pierwszego dnia udało mi się

opanować naukę jedzenia pałeczkami, więc byłam z siebie bardzo dumna . Z Pekinu

udałam się w 12 – godzinną podróż pociągiem do Xi’anu. Na szczęście towarzyszyła mi

koleżanka z Egiptu, która uczestniczyła w tym samym projekcie oraz znałam podstawy

języka chińskiego, więc komunikacja w pociągu nie była taka straszna. Po ok. 15

godzinach dotarłam na przedmieścia Xi’anu, które bardziej przypominały mi wieś niż

miasto. W szkole czekali na nas już pozostali członkowie – z Wielkiej Brytanii, Nigerii,

Bahrajnu, Tajwanu oraz Egiptu. Na miejscu okazało się, że było małe opóźnienie i

dopiero zakończono remont, tak więc naszym pierwszym zadaniem było doprowadzenie

do porządku szkoły oraz akademików. Po raz pierwszy w życiu sprzątanie sprawiało mi

taką przyjemność, nie wiem czy wynikało to z tego, iż robiliśmy to wszyscy razem oraz w

międzyczasie rozmawialiśmy, śpiewaliśmy, czy tez może świadomość, że robimy to dla

dzieci. Kolejny etap naszego wolontariatu okazał się jeszcze przyjemniejszy, bo mieliśmy

za zadanie zaprojektować wygląd ścian wewnętrznych szkoły oraz zrealizować nasz

plan. Na szczęście okazało się, że w każdym z nas drzemie dusza artysty (w mniejszym

bądź większym stopniu) i po tygodniu z dumą patrzyliśmy na nasze „dzieła” . Trzeci

etap naszego programu polegał na pomocy w opiece nad dziećmi i muszę przyznać, że

był to najbardziej wyczekiwany przez nas moment, ale też i najtrudniejszy. Praca z

dziećmi autystycznymi wymaga ogromnej cierpliwości i czujności. Wspólnie z

nauczycielami bawiliśmy i graliśmy z dziećmi, ale także uczestniczyliśmy w zajęciach z

języka chińskiego, matematyki oraz muzyki.

Jednak nie samą pracą żyje człowiek. Wieczorami wszyscy razem graliśmy w

koszykówkę, chodziliśmy na karaoke, oglądaliśmy filmy czy też graliśmy w „Monopoly”

(które sami zrobiliśmy). W weekendy zwiedzaliśmy piękny Xi’an oraz organizowaliśmy

piesze wędrówki w góry. Niestety czas bardzo szybko upłynął i przyszło nam się

pożegnać. Dzieci ze szkoły wraz z rodzicami i nauczycielami przygotowali dla nas

przyjecie pożegnalne na którym wręczono nam dyplomy oraz pamiątki (aż łezka w oku

się zakręciła). Dzięki programowi Global Citizen zdobyłam ogromne doświadczenie,

zawarłam nowe przyjaźnie, poznałam bliżej chińską kulturę i mogłam sprawdzić swoje

umiejętności językowe w praktyce. AIESEC w Chinach był moją największą i najlepsza

przygodą w życiu! Wyjeżdżając z Xi’anu obiecaliśmy sobie, że wszyscy wrócimy do

„naszej szkoły” za 3 lata, tak więc do zobaczenia 中国.”

Autor: Jadwiga Krakowiecka

Pozytywna mieszanka kulturowa

11960028_10207828044404802_8432222221729794511_n

Poznajcie wspomnienia Oliwiera po 6 tygodniach spędzonych na wolontariacie w Bośni i Hercegowinie. Przypominając – Oliwier wraz ze swoim zespołem składającym się z ludzi z całego świata był odpowiedzialny za stworzenie strategii marketingowej dla muzeów i innych instytucji kultury w Sarajewie.

Projekt okazał się bardzo zaskakujący. Mieliśmy świetną okazję by poznać, co to jest wielokulturowość, mieszkanie z kimś o zupełnie innych poglądach, sposobie myślenia oraz zachowaniach. Świetnym przykładem takiej odmienności kulturowej są Azjaci. Okazuje się, że ich usposobienie jest mniej agresywne, bardziej pomocne dla innych ludzi od większości Europejczyków. Możliwe, że wynika to z tego, iż – jak sami powiedzieli – w ich kulturze oraz języku nie ma przekleństw, jest za to wiele serdeczności, co obrazuje dosłowne tłumaczenie słowa dziękuję z Malezyjskiego, które oznacza – przynosić miłość.

Będąc w Bośni miałem okazję przeżyć swego rodzaju szok kulturowy. Większość ludzi zamieszkujących Bośnię to muzułmanie. Co ciekawe, nie ograniczają oni mniejszości religijnych – na jednej z ulic w odległości 300 metrów można minąć meczet, kościół i synagogę.

Mieszkańcy sami w sobie też są ciekawymi ludźmi – często odmiennymi od nas, Polaków. W Polsce, ludzie rzadko odzywają się do siebie w windzie albo jadąc razem autobusem – “bo nie wypada”, dla ludzi z Bałkanów, niezręcznie jest się nie odezwać i udawać, że się kogoś nie widzi. To prowadzi do wielu ciekawych sytuacji, gdy człowiek uświadamia sobie, że nagle wykorzystuje zasłyszane słowa bośniackie, tureckie czy rosyjskie, a nieznajomość języka nie jest tak wielką barierą w porozumiewaniu się.

11951811_10207657569427621_6661851232169329854_n

Jednak to co jest największą wartością tego wyjazdu to ludzie. Myślę, że to nie chodzi o miejsce, do którego się pojedzie, tylko o ludzi którzy Cię otaczają. To oni tworzą każdą chwilę niezapomnianym przeżyciem. Miejscowi AIESECerzy okazali się bardzo przyjaźni i pomocni, dzięki którym można było się poczuć jak w domu. Jednak to ludzie poznani na projekcie, z którymi na co dzień współpracowałem (od Singapuru przez Azerbejdżan do Mauritius), ta mieszanka pozytywnego podejścia do życia, do innych ludzi, radości z drobnych rzeczy, powodowała, że każdy z nas wstawał rano z uśmiechem na ustach, zastanawiając się, co ciekawego przyniesie kolejny dzień.

Takie życie oderwane od problemów dnia codziennego w Polsce, z ludźmi, którzy nie potrafią pozostać zbyt długo poważni i oczekują czegoś więcej od życia niż siedzenia przed laptopem, jest nie tylko inspirujące ale również bardzo pouczające.

Nie skłamię mówiąc, że czasem 6 tygodni potrafi zmienić życie. :)”

 

oliwier- gc

O tym, jak otworzyłam oczy – mój wolontariat w Serbii

Serbia. Taki kraj na Bałkanach. Chyba gdzieś koło Chorwacji albo Bułgarii. Chyba tam dużo owoców morza. I agresywni ludzie – to słyszałam od mamy.

Takie myśli przelatywały mi przez głowę, gdy szukałam ofert wyjazdu na wolontariat w ramach programu Global Citizen. Bardzo chciałam jechać do Budapesztu, jednak na jedno miejsce było ponad sto aplikacji. Odrzucam – klik, lecimy dalej z ofertami. Następnie skusiła mnie Brazylia – zobaczyłam zdjęcia, projekt. Zakochałam się. Potem sprawdziłam ceny biletów lotniczych. No cóż… Klik, klik, przewijam na dalsze oferty.

I zobaczyłam jedną ofertę. EnterYourFuture – hmm, chwytliwa nazwa. Ok, wejdę. Kragujevac? Co to w ogóle za wiocha? I gdzie? Wujek Google, Wikipedia. W Serbii, czwarte co do wielkości miasto, 211 tys. mieszkańców. Phi, to jest jedno z największych miast? – Prycham lekceważąco. Ale w porządku, chcę gdzieś jechać, czemu mam nie zaaplikować. Może się dowiem, gdzie ta Serbia w ogóle się znajduje. I może mnie tam nie zabiją.

Rozmowa z Dusanem z Oddziału Lokalnego w Kragujevac trwała 15 minut i przebiegła bardzo dobrze – wiedziałam to po czasie naszego Skype’a i po jego reakcji na moje odpowiedzi. Następnego dnia dostałam wiadomość, że się dostałam. Jednocześnie dostałam się również na projekt do Słowacji. Po co mi Słowacja… za blisko, taka Polska, tylko biedniejsza – pomyślałam. Niech będzie! E-mail potwierdzający mój udział w projekcie wysłany… do Serbii, do Kragujevac.

Wyleciałam 30.07. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wylądowałam w Belgradzie, na głównym lotnisku. Tak… głównym. Czekała na mnie Viktoria, dziewczyna z Rosji, z którą miałam pojechać do miejsca odbycia naszego projektu. Po chwili dołączył do nas Alessandro z Włoch. Nietrudno było się znaleźć, skoro lotnisko miało 5m2. Potem znaleźliśmy autobus, który miał nas dowieźć do Belgradu. Rozpadające się żółte paskudztwo bez klimatyzacji, gdzie temperatura powietrza sięgała 37 stopni. Co mi strzeliło do głowy? – myślałam, rozmawiając z moimi współtowarzyszami. Gdzie Serbia do standardów, które mam w domu czy do klimatyzacji w łódzkim MPK (które może i nie zawsze działa, ale jest)?

Pomocy!

Jakoś dotarliśmy do celu. Belgrad powitał mnie gorącem, emigrantami z Rumunii, siedzącymi w dziesiątkach w parku, gdzie bałam się przejść, oraz widokami rodem z Rosji w latach komunizmu albo z początków PRL-u. Nie wierzyłam – to ma być stolica?! Nic, tylko uciekać! Do Kragujevac mieliśmy wziąć autobus z dworca głównego, na szczęście czekaliśmy moment. W drogę!

Na dworcu w Kragujevac powitały nas osoby z AIESEC z tamtejszego Oddziału Lokalnego. Nigdy nie widziałam nikogo tak podekscytowanego widokiem moim, Viktorii i Alessandra. W końcu dociera do mnie, że rozumiem ich radość, w końcu to oni zorganizowali nasz pobyt i cały projekt. Dowiedziałam się, że jedną noc będę nocować z Katariną, jedną z dziewczyn, która nas powitała. Byłam zbyt zmęczona, żeby się ekscytować jak oni, więc potulnie pojechałam z nią do domu. Kragujevac wyglądał tak jak Belgrad, może trochę bardziej zielony. Wieżowce wyglądające jakby zaraz się miały rozlecieć, ludzie ubrani jak my w Polsce 20 lat temu, duże blokowiska. Pisk opon na żwirze, lekkie szarpnięcie. Zatrzymaliśmy się przez domem Katariny na przedmieściach.

Pierwszy raz mrugnęłam

Mały, ładny dom z gankiem. No fajnie. Weszłam do środka i powitała mnie babcia Katariny. I wtedy otworzyłam oczy. Pierwszy raz w życiu, naprawdę je otworzyłam.

Spojrzałam w oczy babci Katariny, która nie mówiła ani słowem po angielsku. Uścisnęła mnie, jakbym była jej wnuczką i zaczęła do mnie mówić po serbsku. Nie mogłam oderwać wzroku od tych szczerych, pełnych miłości oczu babci, której nigdy nie widziałam. Katarina nie zwróciła na to uwagi, poszła przygotowywać jedzenie. Babcia nadal trzymając mnie za ramiona opowiadała o czymś namiętnie, a ja nie mogłam zrozumieć wrażenia całkowitego obezwładnienia jej czułością. Czy jestem tak zmęczona po podróży, że coś mi się w głowie przewraca? Nie wiem. Usiadłam w tym starym domu, w zużytym fotelu, gdzie poczułam się, jakbym była częścią rodziny. Gdzie poczułam się, jakbym była VIP czy gościem honorowym, ponieważ zostałam tak potraktowana. Gdzie poczułam się jak w domu. Razem we 3 najadłyśmy się do syta, a babcia Katariny (z jej tłumaczeniem) mówiła o swoim zmarłym mężu, którego zdjęcie stało na komodzie na utkanej na szydełku serwecie. O miłości jej życia i o Serbii. Nie chciałam wychodzić z tego salonu. Czułam spokój i nie chciałam przerywać opowieści babci Katariny. Chcę wiedzieć więcej!

Drugi raz mrugnęłam

Otworzyłam oczy, gdy spotkaliśmy się z pozostałymi Serbami działającymi w AIESEC. Nigdy nie widziałam nikogo mówiącego i znającego swoją historię tak dobrze. Chłonęłam każde słowo, które płynęło z ich ust – o Jugosławii, o podziale, o Tito, o Kosowie. Mijały sekundy, minuty, godziny, gdzie parę osób przekrzykiwało się, ponieważ każdy chciał coś dodać, o czym zapomniał inny. Gdzie dowiedziałam się, dlaczego Serbia jest w takiej sytuacji ekonomicznej, dlaczego rozpętała się wojna o Kosowo i dlaczego projekt Global Citizen oraz my zmieniamy ich życie. Poczułam się jak ostatnia ignorantka, gdy przypomniałam sobie, co wiedziałam o Serbii wcześniej. My, wolontariusze – z Polski, Włoch, Rosji, Francji, Turcji czy Grecji – przy piwie, papierosie i zachodzie słońca, również podzieliliśmy się historiami swoich narodów i dyskutowaliśmy, dlaczego akurat to wygląda tak, a nie inaczej. Po skończonym wieczorze spojrzałam na zegarek – rozmawialiśmy 6 godzin. Minęło mi to jak pół godziny, a nigdy nie zapomnę akurat tego wieczoru, 15 lipca w Carpe Diem – jednej z lokalnych knajp.

Trzeci raz mrugnęłam

Widzę przed sobą dwie klasy moich uczniów. Jednych z nich uczyłam francuskiego, gdzie były to dzieci w wieku 11-14 lat. Drugich nastolatków (14-15 lat) uczyłam angielskiego. Jednak było odwrotnie. To oni uczyli mnie – a zwłaszcza moja grupa z językiem angielskim. Toczyliśmy godzinne debaty na różne tematy – od poważnych politycznych, do tematów mniej ważnych – czy operacje plastyczne powinny być sponsorowane przez państwo. Patrzyłam na nich, gdy toczyli zażarte dyskusje, gdzie prawie doszło do rękoczynów i nie mogłam nie być zdumiona ich mocnymi opiniami, hartem ducha i siłą, z jaką się wyrażali. Wiem, że każdy z moich uczniów swoją ambicją i siłą ducha dojdzie tam, gdzie ani mi, ani im się nie śniło.

Czwarty raz mrugnęłam

Gdy czwarty raz mrugnęłam, łzy poleciały z moich oczu. Po spędzeniu 6 tygodni na poznawaniu Serbii oraz każdej innej historii 20 wolontariuszy z różnych stron świata, musiałam ich pożegnać. Musiałam pożegnać moich uczniów, z którymi zrobiłam co najmniej 100 selfie. Musiałam pożegnać babcię Katariny i samą Katarinę, która stała się dla mnie moją „serbską siostrą” – drugiej tak podobnej do mnie osoby nigdy nie poznałam, z którą jadłam naleśniki po powrocie z imprezy o 4 nad ranem, oglądając wschód słońca i rozmawiając o chłopakach i o naszych miłostkach. Tak samo Greta z Włoch, wcześniej wspomniany Alessandro, Franck z Francji czy Giannis z Grecji, Nemanja, Stefan, Milos z Serbii – oni wszyscy stali się moimi prawdziwymi przyjaciółmi, których żegnałam płacząc jak wtedy, gdy miałam 5 lat i spadłam z roweru. Czułam, że zostawiam im kawałek serca, że zostawiam w Serbii kawałek siebie, jednocześnie zabierając z sobą szczyptę każdego z nich dzięki historiom, które usłyszałam.

Cztery mrugnięcia wystarczyły, bym otworzyła oczy. Kragujevac stał się najpiękniejszym miastem na świecie, milion śmiesznych i niemożliwych sytuacji, zdjęcia, rozmowy do rana i te naleśniki. Oczy babci Katariny. Serbia stała się moim drugim domem, a ludzie tam poznani przyjaciółmi na całe życie. Ludzie, których zobaczę już w sylwestra w Pradze – tak, jak sobie obiecaliśmy. I takim zbiorem doświadczeń jest Global Citizen organizowany przez AIESEC.

Cztery mrugnięcia. A Ty? Ile razy będziesz musiał mrugnąć, by naprawdę otworzyć oczy?

Autorem tekstu jest: Anna Tomasik

Maja Zabirzewska

Moja przygoda w AIESEC!

Do AIESEC przyciągnęło mnie jedno magiczne słowo – wolontariat, czyli coś, czym zajmowałam się już na kilka lat wstecz. Po Adapciaku, niezwykle udanym obozie zerowym, wiedziałam w stu procentach, że jest to idealna organizacja studencka dla mnie i nie widzę się w żadnej innej (a na SGH mamy ich mnóstwo).  Na początku zdecydowanie patrzyłam na tę organizację z perspektywy jej międzynarodowości, jak chyba większość zresztą. I miałam ogromne szczęście, ponieważ już na samym początku trafiłam do projektu, który z tą „międzynarodowością” zapewnia bezpośredni kontakt. Mimo wszystko na samym początku nie byłam zadowolona z wyznaczonego mi zadania, ponieważ nie zostałam przydzielona do przeprowadzania moich wymarzonych skype’ów rekrutacyjnych z zagranicznymi studentami chętnymi na przyjazd do Polski, lecz do kontaktowania przedszkoli pod projekt. Szybko się jednak w tym odnalazłam i polubiłam do tego stopnia, że zajmuję się tym do dziś, koordynując sprzedaż we wszystkich naszych projektach społecznych i edukacyjnych.

W AIESEC działam dopiero rok, ale widzę zarówno po sobie jak i po moich znajomych, jak dużo ta działalność daje. Mogę się rozwijać i mieć realny wpływ na otaczający mnie świat. W pełni zrozumiałam to w trakcie konferencji letniej, kiedy nowy zarząd krajowy ogłosił, że planują otworzyć aż 6 nowych oddziałów lokalnych w Polsce. Jeden z nich miał znajdować się moim rodzinnym mieście – Radomiu. Dzięki temu mam szansę spełnić jedno z moich największych marzeń i to wcześniej, niż się tego spodziewałam. Od zawsze chciałam skończyć dobre studia i wrócić do Radomia, aby zmienić coś w tym mieście na lepsze, bo Radom i jego mieszkańcy na to zasługują – teraz mam szansę zrobić to jeszcze studiując. Zostałam koordynatorem narodowym ds. ekspansji na Polskę środkowo-wschodnią. Radom jest jedną z lokalizacji, w których koordynuję otwarcie nowego oddziału lokalnego AIESEC. W dodatku, ze wszystkich nowych lokalizacji, to właśnie w moim rodzinnym mieście inicjatywa  ta spotkała się z największym zainteresowanie wśród studentów.

W ostatni weekend października odbyła się konferencja narodowa dla świeżo upieczonych członków nowych oddziałów  lokalnych, na której mieli oni szansę poczuć niesamowitego ducha AIESEC. Teraz wspólnie będziemy wypełniać ideę tej międzynarodowej organizacji. Bo aby zmienić świat na lepsze, trzeba zacząć od zmiany swojego najbliższego otoczenia. Wierzę w to, że dzięki AIESEC na pewno się nam uda!