Niekończąca się wymiana

Cześć, tu Klaudia. Weźcie przekąskę. Usiądźcie wygodnie. Opowiem Wam historię mojego wolontariatu. Wszystko zaczęło się w czerwcu 2016 roku. Dlaczego powracam do niego teraz? „Klaudia, ty tak naprawdę nigdy nie wróciłaś z tej wymiany” – usłyszałam kilka dni temu od mojej koleżanki. Pewnie zastanawiacie się, jak to możliwe, skoro nie jestem już w Chinach?

Część pierwsza – tam (rok temu)

W zeszłym roku wzięłam udział w projekcie „Explore China” w ramach wolontariatu Global Volunteer. Przez 6 tygodni uczestniczyłam w warsztatach kulturowych na temat Chin. Zajęcia ze sztuk walki, nauka tradycyjnych tańców, gotowanie lokalnych potraw czy gra na chińskich instrumentach. Poprzez wszystkie aktywności w ramach projektu starałam się nie tylko poznać Chiny, ale przede wszystkim je zrozumieć. Mam do Ciebie pytanie. Nie to, o którym myślisz. Jeszcze nie. Co jest najlepsze w podróżowaniu? Nieodkryte miejsca? Egzotyczne potrawy? Nie do końca…

Czasem coś nam się przytrafia. Tak po prostu. To nieuniknione. Nie można tego przewidzieć. Tak było ze mną i moją rodziną goszczącą w Chinach. Pewnie uznacie, że to drobiazg, ale opowiem Wam trochę o niesamowitej więzi, jaką zbudowałam na drugim końcu świata.

Jessie to 28-letnia dziewczyna pracująca w jednym z tamtejszych NGO, która była moją rodziną goszczącą podczas mojego pobytu w Guangzhou. To właśnie ona, pomimo stereotypów, że Chińczycy są dość zamknięci na inne kultury, przyjęła mnie – obcą osobę – do swojego domu. Każdego ranka przy śniadaniu uczyła mnie podstawowych chińskich zwrotów, by po południu przyrządzać razem tradycyjne dania. W piątkowe wieczory wychodziłyśmy razem na karaoke, a nawet na podwójną randkę (nie miałam o niczym pojęcia!). Wspólne spacery do zoo, by oglądać pandy czy rozmowy do rana o różnicach i podobieństwach pomiędzy Chinami a Polską to tylko niektóre z niezapomnianych chwil, które mnie tam spotkały. Nie sądziłam, że przez 6 tygodni można zbudować tak mocną więź z drugą osobą, na drugim końcu świata.

Część druga – tu  i …(teraz)

Mała rada. Jak nie kończyć wymiany po sześciu tygodniach? Liczy się, to co zrobisz po zakończeniu twojego wolontariatu. Jeśli naprawdę kochasz jakieś miejsce, ludzi, których tam spotkałeś, gdy wyjeżdżasz – zabierz cząstkę tego kraju ze sobą, a cząstkę siebie zostaw w nim. Tak zrobiłam. Fajnie, że dalej słuchacie! – dlatego, dla wytrwałych prezentuję „magiczny” przepis, na to jak nie kończyć wymiany. Długopis w dłoń i piszemy: 1 łyżka regularnych rozmów, 2 szczypty sprawiania sobie wzajemnie niespodzianek, 800 g życzliwości, odrobina chęci oraz kropla uśmiechu!  Święto Środka Jesieni to jedno z najważniejszych świąt w tradycyjnym kalendarzu chińskim, na które piecze się tradycyjne ciasteczka księżycowe. Jak dowiedziałam się o tej tradycji? To właśnie tego dnia, połączyłam się z Jessie na Skype, która pokazała mi, jak przygotowuje się do obchodów tego święta, Z drugiej strony, gdy tylko jadę na wycieczkę po Polsce, czy to w góry, czy nad morze staram się połączyć na Skype z Jessie, aby pokazać jej „na żywo” krajobraz Polski. Wysyłanie sobie prezentów urodzinowych (płyty Bednarka już dotarły do Chin!), czy bożonarodzeniowego opłatka (typowo polska tradycja!) w liście to tylko jedne ze sposobów na wzajemne niespodzianki. Podanie przepisu na pierogi, a następnie otrzymanie zdjęcia z niedzielnego obiadu, na którym chińska rodzina je polskie danie – bezcenne! Wszystko zależy od Was i waszej kreatywności.

Dlaczego nigdy tak naprawdę nie wróciłam z wymiany? Podczas projektu, jak i obecnie w trakcie rozmów na Skype z moimi chińskimi przyjaciółmi wciąż poznaję kulturę Chin, a także reprezentuję Polskę. Wciąż staram się rozkochać Chińczyków w Polsce. Czy mi się udaje? Dziś śmiało mogę powiedzieć, że tak. „Poland is beautiful” – mówią, kiedy łączymy się po raz kolejny na video rozmowie.

Uwaga! Pytanie, na które czekaliście już wcześniej. Co, gdybyś to ty mógł wyjechać do Chin i zainspirować lokalnych mieszkańców do otwartości na świat poprzez udział w projekcie AIESEC? Odpowiedź: ty sam to już wiesz …

Autor: Klaudia Ceglarz

Mój świat zmienił się o 180 stopni – Albania, wolontariat i Ewelina

Cześć!
Mam na imię Ewelina i w organizacji jestem od ponad roku. Po pierwszej realizacji mojego projektu, podczas którego do Katowic przyjechali wolontariusze z całego świata, aby uczyć dzieci języka angielskiego w szkołach, podjęłam decyzję, że również kiedyś wyjadę na podobny projekt. Jednak cały czas to odwlekałam na później, mówiłam sobie, że nie teraz, bo studia, praca, realizacja projektu tutaj na miejscu. Z czasem zauważam, że były to tylko wymówki. Studia, praca czy inne aktywności nie powinny być dla nas żadną przeszkodą. Powiedziałam sobie: “Kiedy, jak nie teraz?”. Na moją decyzję o wyjeździe wpłynęła głównie oferta, którą podesłała mi osoba odpowiedzialna za wyjazdy Global Volunteer. Projekt skierowany był do osób, które chcą opiekować się dziećmi niepełnosprawnymi na obozie wakacyjnym.  Decyzję podjęłam bardzo szybko-  zaaplikowałam, na drugi dzień miałam rozmowę i kupiłam bilety. I tak oto tydzień później zaczęła się moja przygoda w Albanii!

 

Szok kulturowy, bardzo mały odsetek osób mówiących po angielsku, brak możliwości komunikowania się z dziećmi w języku angielskim, to tylko jedne z nielicznych barier, które napotkałam na początku projektu. Wystarczyło jednak kilka dni, aby moja perspektywa zmieniła się 180 stopni, a to wszystko dzięki osobom, które poznałam. Ci ludzie okazali mi niesamowite wsparcie i zawsze służyli pomocą. Po czasie zrozumiałam, co tak naprawdę dajemy tym dzieciakom i jaki mamy na nich wpływ. Wystarczyła sama nasza obecność i spędzanie z nimi czasu, aby poczuć ogromną wdzięczność z ich strony.

 

Przez wyjazdem zastanawiałam się, co musiałoby się stać, aby było to doświadczenie, które naprawdę coś wniosło do mojego życia. Nie wierzyłam w opowieści osób, które wróciły z wolontariatu i opowiadały, jak bardzo to doświadczenie ich zmieniło. Nie wierzyłam, dopóki sama tego nie doświadczyłam. Nauczyłam się doceniać nawet najmniejsze rzeczy, nabrałam większego dystansu do życia, a przede wszystkim uwierzyłam w siebie. Uwierzyłam, że moja obecność i zaangażowanie w to co robiłam, dało efekty i sprawiło, że uśmiechy na twarzach otaczających mnie osób, towarzyszyły mi przez cały mój wyjazd.

Ale Meksyk!

Mam na imię Paweł. Zawsze interesowałem się kulturą i historią Ameryki Łacińskiej. Od wielu lat uczyłem się języka hiszpańskiego. Ciekawiły mnie kultury prekolumbijskie. Chciałem wziąć udział   w dłuższym wolontariacie. Przypomniałem sobie o organizacji AIESEC. Znalazłem fajny projekt, zaaplikowałem i po kilku tygodniach byłem w drodze do Meksyku.

Celem mojego wyjazdu była stolica kraju, olbrzymie miasto Meksyk. Obszar metropolitalny zamieszkuje ponad 22 miliony ludzi. Zabudowania są rozciągnięte na długości 100 kilometrów. Życie w wielkiej aglomeracji ma swoje blaski i cienie. Na pewno nie można się nudzić. Z łatwością można znaleźć nieznane wcześniej miejsce, a gdzieś odbywa się wydarzenie, w którym warto wziąć udział. Komunikacja miejska jest tania i umożliwia proste przemieszczanie z punktu do punktu, jednak zajmuje to mnóstwo czasu. Dojazd do pracy trwający godzinę jest stosunkowo krótki. Mieszkańcy miasta Meksyk wiecznie się spóźniają, a jako wymówkę zawsze można usłyszeć, że powodem jest natężenie ruchu. Powodów korków jest wiele. Jednym z nich są przepisy drogowe. Znaki STOP nie istnieją, gdyż kierowcy nie respektowaliby ich. Zamiast tego przed skrzyżowaniami znajdują się wielkie progi zwalniające uniemożliwiające uniknięcie zatrzymania się. Z perspektywy przechodnia jest to okazja do przejścia przez ulicę, bo pojazdy nigdy nie zatrzymują się przed pieszymi. Warto też zwrócić uwagę na kwestię prawa jazdy, a może raczej podatku od prowadzenia samochodu, ponieważ egzaminy nie mają miejsca. Wystarczy pójść do odpowiedniego urzędu, kupić uprawnienia i już można wsiadać za kierownicę.

Sporym szokiem po przyjeździe jest wszechobecny handel, szczególnie w komunikacji miejskiej. Jadąc metrem, naturalny jest widok wsiadającego sprzedawcy, który głośno prezentuje swój asortyment. Najczęściej są to słodycze, słuchawki, ładowarki lub płyty z muzyką nagraną w nieautoryzowany sposób. Ceny towarów wahają się pomiędzy 1,  a 4 PLN. Po przejechaniu stacji handlarz przesiada się do kolejnego wagonu.

Bardzo ciekawym aspektem kultury meksykańskiej jest kuchnia. Można ją opisać jednym słowem: PIKANTNA! Najważniejszym składnikiem, obecnym w każdym daniu jest papryka chili. Dodawana jest nie tylko do potraw mięsnych, ale też do słodyczy, sałatek owocowych czy lodów. Oprócz chili kuchnia opiera się na kukurydzy i roślinach strączkowych. Jednym z najpopularniejszych dań jest taco. Składa się z tortilli, płaskiego i okrągłego placka wykonanego z mąki kukurydzianej, mięsa, cebuli, czosnku i przypraw. Tacos często można spotkać jako street food   o każdej porze dnia i nocy.

Czy w mieście Meksyk jest niebezpiecznie? Według mnie nie, ale i tak pewnie nikt nie uwierzy. Miejsce jest niestety okryte złą sławą. Czasem wydaje mi się, że na wyrost. W ciągu dwóch miesięcy pobytu nie doświadczyłem żadnej niebezpiecznej sytuacji. Trzeba mieć jednak na uwadze, że kradzieże w każdym wielkim mieście są obecnym zjawiskiem. Jak się chronić? Posiadać ze sobą jak najmniej. Przemierzając przez miasto zazwyczaj miałem ze sobą jedynie kserokopię paszportu, karteczkę z numerami awaryjnymi, telefon, około 200 pesos, co odpowiada 40 PLN      i oczywiście szeroko otwarte oczy. Nie czułem zagrożenia, jednak warto zachować ostrożność. Na ulicach jest obecny monitoring oraz spora liczba funkcjonariuszy policji. Przed wejściem do baru czy klubu sprawdzana jest tożsamość oraz ma miejsce obszukanie, a ciemne zaułki lepiej omijać.

Praca wolontariacka była niesamowitym doświadczeniem. Fundacja współpracująca z AIESEC organizowała w jednej ze swoich placówek kurs letni dla okolicznej młodzieży. Od poniedziałku do czwartku miały miejsce różnorakie zajęcia, a w piątki były wyjazdy np. do planetarium lub kinoteki. Wśród codziennych zajęć były  m. in. lekcje aktorstwa, tańca, żonglerki, rękodzieła oraz ćwiczenia sportowe. Moja rola polegała na opiekowaniu się młodzieżą oraz uczestniczeniu z nimi w zajęciach. Prowadziłem także zajęcia wymiany kulturowej. Opowiadałem o historii Polski oraz uczyłem poloneza. Nie będę koloryzował, na samym początku byłem przestraszony. Przed przyjazdem nie miałem żadnej wiedzy w jaki sposób pracować z nastolatkami. Sądziłem, że będzie to ciekawe wyzwanie, aczkolwiek zaczynałem mieć wątpliwości czy sprostam. Ostatecznie wszystko skończyło się sukcesem. Podczas pierwszych dni zostałem odpowiednio przeszkolony, został też dopracowany plan. Działania na bieżąco były podsumowywane, a usprawnienia wprowadzane. Nieoceniona była dla mnie pomoc moich współpracowników. W przeciwieństwie do mnie nie byli nowicjuszami, a ich otwartość pozwoliła mi się wiele nauczyć. Ostatniego dnia bardzo żałowałem, że to już koniec. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy!

Do czeskich Czech szło się… po staż z AIESEC!

Cześć! Nazywam się Martyna I dokładnie miesiąc temu wyjechałam do Pragi, by zacząć przygodę życia – staż w AIESEC.

Mniej więcej w maju zauważyłam, że za niedługo skończę studia licencjackie i nie mam planu co dalej, więc postanowiłam zrobić sobie rok przerwy zanim zacznę studia magisterskie, zastanowić się co naprawdę chcę robić w życiu, nauczyć się czegoś wartościowego i zdobyć międzynarodowe doświadczenie. Zdecydowałam się poszukać jakiegoś zagranicznego stażu i AIESEC wydał mi się oczywistą opcją. Studiowałam filologię czeską, więc w grę wchodziły jedynie Czechy. Aplikowałam na parę ofert i nie musiałam długo czekać, już po paru tygodniach byłam po rozmowie rekrutacyjnej z AIESEC w Pradze i dokładnie 8 czerwca zostałam oficjalnie zaakceptowana na staż jako nauczyciel angielskiego w stolicy Czech.

Jako nauczyciel spotykam bardzo dużo młodych i chętnych do nauki ludzi. Studenci zawsze poprawią mi humor i doradzą co warto zobaczyć i gdzie warto pójść. Inni nauczyciele na uniwersytecie są bardzo pomocni. Nie spotkałam się tutaj z żadnym problemem nie do rozwiązania.

Dziś mija miesiąc, odkąd tu jestem. Tak, to jeden z najfajniejszych miesięcy w moim życiu. Poznałam mnóstwo ludzi z całego świata, bardzo dużo się nauczyłam, przede wszystkim czeskiego, zwiedziłam nie tylko Pragę, ale też okolice. Co więcej, naprawdę uwielbiam swoją pracę i mam wielkie szczęście ją wykonywać w jednym z najpiękniejszych miast w Europie. Muszę przyznać, że była to jedna z najważniejszych i najlepszych decyzji w moim życiu.