Bella Italia! Czyli jak wygląda codzienność wolontariusza na słonecznym południu Europy

Jak wygląda codzienność wolontariusza na słonecznym południu Europy? Czy międzynarodowe przyjaźnie w sześć tygodni są możliwe? Jak radzić sobie z trudnymi sytuacjami? Jeśli chciałbyś poznać odpowiedzi, poznaj relację Beaty!

Na spotkaniu przygotowującym do wyjazdu i zorganizowanym przez AIESEC razem ze mną były osoby, które jechały do Serbii, Tajlandii i Chin. Wydaje się, że wolontariat we Włoszech, szczególnie, że już wielokrotnie tam byłam, przy tych dwóch egzotycznych krajach, to pestka. Jednak wtedy koleżanka powiedziała zdanie, które stało się moją dewizą: “Zrobię wszystko, żeby mój wolontariat nie był tylko, ale aż do Serbii.”. Po sześciu tygodniach w Turynie – milionowym mieście z najpiękniejszym barokowym placem w Europie i mnóstwem zabytków, mogę stwierdzić, że była to przygoda życia.

Przyjechałam w dzień, kiedy zjeżdżała się większość wolontariuszy, więc moim komitetem powitalnym był Włoch, będący moim “Buddy” i Meksykanin. Byłam w Turynie o 15:00, ale dopiero o 22:00 dotarliśmy do miejsca, w którym mieszkam i pracuję, bo chciałam spędzić więcej czasu z 17 osobami poznanymi tego dnia. Od razu złapałam świetny kontakt z Turczynką, Ukrainką, Pakistańczykiem oraz Turkiem i nadal jest to grupa, na którą zawsze mogę liczyć. Pierwszego dnia również przypomniałam sobie smak wyśmienitej włoskiej kuchni. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że czeka mnie niespodzianka i mam zapewnione aż trzy posiłki dziennie.

Przyjechałam na obóz sportowy dla dzieci w wieku od 5 do 18 lat. Byłam w towarzystwie trzech włoskich animatorów. Wyzwaniem jest nie tylko to, że codziennie przejeżdżało do ośrodka 80 dzieci, ale również to, że znajomość języka angielskiego jest tu na bardzo niskim poziomie. Jednak okazało się to dla mnie szansą, bo dzięki temu, że przez pewien czas uczyłam się języka włoskiego w Polsce, po tygodniu pobytu tutaj mój poziom komunikacji w tym języku znacząco wzrósł. Przyczyną było również to, że starałam się być blisko dzieci i kiedy podchodziły do mnie o coś spytać, czasem kilka razy musiały wolniej powtarzać ten sam komunikat po włosku, żebym zrozumiała, co motywuje ich do znajdowania odpowiedników w języku angielskim (swoją drogą, daje mi to ogromną radość!). Tak samo zresztą jak zabawa z nimi. Był czas na gry na sali gimnastycznej, basen, zabawę na dworze, wyjazd do ośrodka sportowego na świeżym powietrzu, ale również rysowanie czy taniec. Bywały też trudne momenty, kiedy słyszałam: “Beata, w moim makaronie jest pająk.”

Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to w pierwszym tygodniu miałam zapewniony wyjazd z najmłodszymi dziećmi do Riccione. Jak na miejscowość turystyczną przystało, zaliczyliśmy spacer brzegiem morza, zatopienie butów i lody o 22:00.

Jednak przy całej pracy niemniej ważnych jest ponad dwudziestu wolontariuszy z zagranicy, którzy w tym samym czasie rozpoczęli swoje projekty. Na wolontariacie były również osoby m.in. z Chin, Kazachstanu, Tajwanu, Meksyku, Tunezji, Kanady, Pakistanu czy Turcji. Będąc w tej samej sytuacji, ci ludzie stają się jak rodzina, która zawsze wesprze w potrzebie, z którą można kolejny raz spacerować tą samą ulicą, a i tak jest to niepowtarzalne. 

Zrób coś niesamowitego i nadaj cel swojej podróży! Wyjedź z nami! http://kato.aiesec.pl/globalvolunteer