Brazylia w 42 dni

O 6 niezapomnianych tygodniach swojego życia opowie Mateusz Grabowski,

który latem wyjechał z nami na wolontariat Global Citizen.

Przeczytaj sam, co Mati ma Ci do opowiedzenia!

Gdzie byłeś w ramach Międzynarodowego programu wolontariatu Global Citizen?

Byłem w stolicy stanu Ceará – Fortalezie, mieście położonym w północnej części Brazylii.

Co robiłeś podczas swojego wolontariatu?

Mój projekt nazywał się Gira Mundo i był związany z szerzeniem różnorodności kulturowej wśród brazylijskich dzieci, uczeniem ich poprzez zabawę, promowaniem zrównoważonego rozwoju.

Byłeś tam sam?

Nie, w ośrodku do którego zostałem przydzielony pracowałem z dziewczyną ze Szwajcarii oraz z Meksykaninem. Pracowaliśmy z dziećmi w wieku 6-14 lat, był to rodzaj zajęć pozalekcyjnych. W ośrodku pracowali też normalnie zatrudnieni nauczyciele, większość czasu była więc już zagospodarowana. Jednak uczestniczyliśmy również w niektórych zajęciach razem z dziećmi – graliśmy w siatkówkę (gdzie byłem ich mistrzem, bo jestem wysoki),  w carimbę (coś jak dwa ognie), ćwiczyliśmy karate i braliśmy udział w zajęciach teatralnych.

Osoby w moim, a także w innych projektach, to głównie osoby z Ameryki Południowej. Mniejszość stanowiły osoby z Europy, Afryki czy Azji.

Jakie były Twoje oczekiwania, a jaka okazała się rzeczywistość?

Oczekiwania co do warunków mieszkalnych i samego miasta nie były zbyt sprecyzowane. Liczyłem na trochę lepsze warunki. Jednak dzięki temu, że znalazłem się w nieco biedniejszej (to znaczy typowej) dzielnicy miasta sprawiło, że lepiej poznałem obyczaje i kulturę Brazylijczyków. Szybko okazało się również, że człowiekowi nie są potrzebne do życia luksusy, do jakich przywykliśmy żyjąc w Europie. Miłym zaskoczeniem była dla mnie też rodzina goszcząca, gdzie traktowany byłem jak syn i brat.

W kwestii samego projektu, to oczekiwania były nieco większe, niż okazała się rzeczywistość. Problematyczne okazały się typowe dla Latynosów cechy. Kwestie organizacyjne, spóźnianie się i problemy z komunikacją – tak można to opisać, choć dla nich było to normalne. Większość czasu dzieciaków była już zorganizowana, jednak staraliśmy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby jak najwięcej przekazać dzieciakom, nauczyć ich trochę angielskiego i po prostu być dla nich przyjaciółmi.

Dlaczego akurat Global Citizen?

Kończyłem studia, chciałem zdobyć doświadczenie. Ponadto wolontariat jest całkiem innym przeżyciem – robi się coś dla innych, aby pomóc im w trudnej sytuacji czy też poznawać języki i kultury, których sami nie mają szansy poznać.

Brazylię wybrałem dlatego, że chciałem doświadczyć całkowicie innej kultury i klimatu. Ludność latynoamerykańska, to osoby bardzo otwarte, łatwo nawiązujące znajomości, ciepłe i uczciwe. Było to dla mnie również bardzo istotne, ponieważ wyjazd na wolontariat to nie tylko pomaganie potrzebującym, ale również zawieranie nowych znajomości czy przyjaźni.

Czego nauczyło Cię to doświadczenie?

Na pewno nauczyło mnie to wstawać wcześnie i mało spać, co przyda mi się w codziennej pracy. Często musiałem iść na kompromis, starać się łagodzić konflikty i dogadywać się z innymi osobami. Musiałem także wzmocnić w sobie cierpliwość, gdyż jak wiadomo Latynosi nigdzie się nie spieszą i nie lubią planować. Bardzo ważny był też dla mnie kontakt z biednym społeczeństwem. Można powiedzieć, że Brazylia to taki drugi świat. Mimo wszystko ludzie tutaj, szczególnie dzieci, bardziej doceniają to, co mają i nie potrzebują super warunków, aby się bawić, korzystać z życia czy uczyć się. Są szczęśliwi.

Jedno słowo, które najlepiej opisuje Twój wolontariat?

Gringo – słowo oznaczające przybysza z obcego kraju. Mnie nazywano tak ze względu na zupełnie inny wygląd niż tamtejsza ludność. Moje niebieskie oczy i blond włosy, a także fakt, że jestem wysoki powodowały, że byłem dla nich niemal aniołem. Jednak tak naprawdę, tak samo jak ja dla nich, tak samo oni dla mnie byli takimi „gringos”, od których wiele mogłem się nauczyć. Poznałem również inny klimat, inny model miasta, inne jedzenie.

Ważny był też kontakt z innymi wolontariuszami, którzy pochodzili z przeróżnych zakątków świata. Wszyscy oni byli obcymi, tak samo jak ja byli „gringos”, jednak wszyscy świetnie się dogadywaliśmy, tworzyliśmy wspaniały zespół, można powiedzieć – rodzinę.

Zupełnie odmienni ludzie poprzez wspólne spędzanie czasu tworzyli ze sobą dialog, podczas którego okazywało się, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy do siebie podobni.

Czy powtórzyłbyś to doświadczenie?

Yes, of course, naturlich, ja wohl, absolument!