Być hostem, albo nie być… Według Szymona warto być :)

Historia Szymona Galickiego, który podczas wakacji został hostem praktykantów biorących udział w projekcie Summer Camps w Augustowie

Moja historia z byciem hostem zaczęła się brutalnie. Byłem członkiem projektu realizowanego w przedszkolach, podczas którego studenci z zagranicy opowiadali dzieciom o swoim kraju i jego kulturze oraz uczyli je języka angielskiego. Przyznaję, że nie chciałem zostać hostem i zapierałem się do ostatniej chwili, ale miałem przeogromną chęć rozszerzenia projektu do swojego rodzinnego miasta. W związku z tym, musiałem też znaleźć na własną rękę hosta (osobę przyjmującą praktykanta) w Augustowie, a że mi się to nie udało, zdecydowaliśmy z rodzicami, aby na miesiac przyjąć praktykantów do siebie. Z początku wydawało mi sią to bez sensu, w rodzinie na okres wakacji tylko ja umiałem biegle posługiwać sie angielskim. Tata zupełnie nie posługiwał się angielskim, mama znała kilka słówek, a młodszy brat miał oczywiście lekcje angielskiego w szkole, ale nie za bardzo przykładał się do nauki. Lecz gdy przyjechał pierwszy praktykant (był nim Lucas z Brazylii) rodzice od razu go pokochali, a nieznajomość języka nie była przeszkodą. Było za to dużo śmiechu 😀 Najbardziej cieszyło mnie właśnie to, że rodzice sami starali sie porozumieć z praktykantem. Opowiadali o swoich wczesnych latach (Lucasa ciekawiła historia naszego kraju po okresie wojennym), opowiadali przeróżne historie i choć nie wszystko udało mi sie przetłumaczyć, Lucas i tak cieszył się z ich emocji i w jaki sposób oni opowiadali. Również sam Brazylijczyk odwdzięczał nam sie tym samym, pokazując gdzie i jak mieszka.

Nigdy nie zdawałem sobie sprawy ile radości może sprawić komunikacja językiem migowym, gesty i mimika twarzy. Albo jak można cieszyć się, gdy dajesz owoce z własnej działki ogrodowej, a osoba je takie gatunki pierwszy raz w życiu. Rodzice cieszyli się jak dzieci.

Praktykanci w ramach projektu w Augustowie zmieniali się co tydzień. Drugą osobą, którą gościliśmy, była Monika z Egiptu. Ta to dopiero przysporzyła nam nie lada kłopotów :D. Nazywałem ją “Angel disaster”, gdyż wyglądała i zachowywała się jak aniołek (nie to co bałaganiarz Lucas xD), ale codziennie miała jakieś nieszczęścia: złapane przeziębienie z gorączką, nieudana próba wycieczki na rowerach (wypadek), porwany “jacket”, zawirusowany komputer, niedziałająca prezentacja na zajęcia w przedszkolu, w dodatku przez cały jej pobyt padał deszcz. Ale radości i przede wszystkim miłości przy tym było bardzo dużo. Mama traktowała Monikę jak córkę. Ciągle opowiadała o niej w pracy, angażowała inne znajome do pomocy przy komputerze, kupiła jej nowy jacket, bo za tamtym Monika płakała i ogólnie obie dobrze sie dogadywały. Monika nazwala nawet moja mamę “My Polish Mum”, a jaka radość była, kiedy dowiedzieliśmy się, że obie mają tak samo na imię.

Trzecią praktykantką w naszym domu była Manal z Pakistau. Dziewczyna umiała o siebie zadbać, nawet pomagała moim rodzicom jak mogła, mimo że nie musiała. Gdy opowiadała o swoim kraju, moja mama nie mogła przestać płakać i jej przytulać. Niesamowite ile miłości można doświadczyć w tak krótkim czasie jakim jest tydzień z obcokrajowcem pod swoim dachem. Nie powiem że się nie baliśmy z rodzicami na początku, byliśmy po prawdzie przerażeni. Co podać do jedzenia? A co jeśli się nie dogadamy? Co jeśli nas nie polubią? Nie mogliśmy przestać o tym myśleć, ale przyjęliśmy ich z miłością i ona wróciła do nas dwukrotnie większa.

Bycie hostem to niesamowite przeżycie i niezwykłe doświadczenie, ale przede wszystkim wspomnienia i niezwykle spędzony czas. Polecam wszystkim, którzy jeszcze się wahają. Ja miałem dużo wątpliwości, a mimo to zdecydowałem się na ten pierwszy krok i nie żałuję 😉

szymek galicki