Llama in my… Peru Volunteering!

Dlaczego wyjechałam? – Bo po prostu tego chciałam!

Bardzo prosta odpowiedź, prawda? Dla wielu zbyt abstrakcyjna, dla mnie też taka była, ale zacznijmy od początku! Nazywam się Greta i opowiem Wam, jak spełniłam największe marzenie wyjeżdżając na wolontariat do Peru.

Idąc na studia szukałam różnych możliwości i w taki sposób trafiłam do organizacji AIESEC, gdzie działałam przez dwa lata i najbardziej żałuję, że przez dwa lata zawsze pojawiały się wymówki: “nieodpowiedni moment”, “nie mam na to czasu”, “mam inne zobowiązania” i wiele innych. Niespodziewanie, po zakończeniu doświadczenia w organizacji dostałam pracę, która okazała się ścieżką do wymarzonej kariery i w tym momencie moje marzenie wydawało mi się niemożliwe. Nic bardziej mylnego!
Dostałam urlop na dwa miesiące wraz z worem wsparcia i zaufania. Kupiłam bilety i dwa miesiące później znalazłam się na drugim końcu świata, w stolicy Peru – Limie. Na lotnisku przywitały mnie osoby organizujące projekt, a poza lotniskiem poznałam totalny chaos i korki uliczne!

Jeździłam już wiele po świecie, ale pierwszy raz mieszkałam w rodzinnym domu u ludzi z danego kraju i było to najwspanialsze doświadczenie w moim życiu. Rodzina, u której byłam, przez 8 tygodni stała się również moją rodziną. Gościnność oraz troska, jaką dostałam, była bezcenna! Dzięki peruwiańskiej mamie i siostrom, poznałam historię, kulturę, obyczaje i codzienne życie Peruwiańczyków.

W trakcie projektu uczyłam dzieciaki angielskiego w najbiedniejszej dzielnicy Limy, gdzie zdałam sobie również sprawę, że znaczenie biedy ma tam całkowite inne znaczenie niż w Europie. Dzieciaki nie czuły przynależności do kraju, natomiast do wzgórza, na którym mieszkały. Myliły Polskę z Kolumbią i pierwszy raz spotkały osobę o europejskiej urodzie. Mimo wszystko, czas spędzony z nimi oraz ciepło, które mogłam im podarować, było bezcennym doświadczeniem!

 

Szok kulturowy był ze mną każdego dnia! O tym mogłabym napisać oddzielny artykuł, natomiast największym szokiem dla mnie był transport publiczny, a właściwie jego brak. Wyobraźcie sobie miasto, w którym żyje 11 milionów ludzi i nie mają rozkładów jazdy oraz przystanków. Tak, to szalona Lima. Codziennie dojazd do szkoły, w której uczyłam, zajmował mi 2 godziny w jedną stronę. Myślicie, że narzekałam? Nie, ponieważ to jest to normalne dla każdej osoby mieszkającej w stolicy.

 

W tym wyjeździe największym plusem był fakt, że mogłam pomóc i przy okazji zwiedzić państwo wraz z innymi wolontariuszami… Peru kojarzy się oczywiście z Machu Picchu, które rzeczywiście jest niesamowite, ale ten kraj ma do zaoferowania dużo więcej! Udało mi się zwiedzić cały kraj, zjeżdżając na desce z pustynnych wydm, śpiąc u tubylców pośrodku najwyżej położonego jeziora na świecie, wspinając się na pięciotysięczniki oraz łowiąc piranie w dżungli.

 

Ta przygoda, jak i Peru nauczyły mnie wielu rzeczy, a przede wszystkim doceniać małe rzeczy: ciepłą wodę, dach nad głową, bezpieczeństwo czy transport publiczny. Minęło już 3 miesiące od mojego powrotu i chcę tam wrócić. Moja historia jest dla mnie samej przykładem i mam nadzieję, że Ty też stworzysz własną historię poprzez swoje chęci!

Autorką tekstu jest Greta Wikiera

Ale Meksyk! Czyli jak dziewczyna z małego miasta w Polsce może odnaleźć siebie w jednym z największych miast na świecie.

‘Tam jest bardzo niebezpiecznie!’, ‘Nigdy nie podróżuj metrem!’ ‘Nie jedz jedzenia od ulicznych sprzedawców!’ ‘Miasto to jeden wielki chaos!’ – to tylko niektóre z rzeczy, które słyszałam przed moim przyjazdem tutaj. Dlaczego mimo tego wszystkiego zdecydowałam się na tą podróż? Zacznijmy od początku…

Działałam w organizacji AIESEC Katowice przez prawie 3 lata. Większość tego czasu spędziłam zajmując się wolontariuszami z całego świata, którzy przyjeżdżali do Katowic pracować z dziećmi i młodzieżą. Na każdym kroku słyszałam historie, jak wolontariat zmienił ich życie, jaki wspaniały czas spędzili w Polsce. Chciałam zrobić coś takiego jak oni, chciałam poczuć to doświadczenie na własnej skórze. Jednak cały czas odkładałam to na później.

Kiedy skończyłam swoją działalność w AIESEC, zaczęłam pracę. Jednak po kilku miesiącach postanowiłam poprosić o urlop bezpłatny, aby w końcu móc zrealizować swoje marzenia. Zaakceptowano mój wniosek i już w listopadzie z walizką czekałam na mój lot do Meksyku.

Szok kulturowy? Oczywiście! Jestem tu już 5 tydzień, a śmieję się, że szok kulturowy spotyka mnie wciąż, na każdym kroku. Ale przyzwyczaiłam się do tego. I tak naprawdę bardzo to lubię. Miasto jest ogromne. Czasem nawet przytłaczające, ludzie na ulicach nie mówią po angielsku, a korki są nawet w metrze. Jednak z drugiej strony jest piękne. Ma swój niepowtarzalny urok, a miejsca warte zobaczenia liczone są w dziesiątkach, a nawet setkach. Czy jest niebezpiecznie? Pewnie w niektórych miejscach tak, ale osobiście nigdy nie byłam w sytuacji, w której czułabym zagrożenie. Ludzie mi się przyglądają (w autobusach, metrze, na ulicach jestem często jedyną ‘białą’ osobą), ale robią to z sympatią i często się do mnie uśmiechają.
Przyjeżdżając tutaj myślałam tylko o tym, że mogę zrobić wspaniałe rzeczy dla dzieci, z którymi pracuję. Nie myślałam jak wiele ten wolontariat może dać mnie samej. Po prawie 5 tygodniach w tym mieście zupełnie zmieniam zdanie.

Nauczyłam się wielu rzeczy. Przede wszystkim nauczyłam się doceniać. Cieszę się z naprawdę małych rzeczy, które spotykają mnie każdego dnia. Począwszy od dotarcia na miejsce na czas (korki w Meksyku nie są mitem – to szczera prawda), przez zamówienie jedzenia w restauracji, dogadanie się z ludźmi na ulicy (chociaż nie znam hiszpańskiego), kończąc na uśmiechach dzieci. Praca z dzieciakami nie jest łatwa, ale daje dużo satysfakcji. Mój projekt polega na popołudniowych zajęciach angielskiego z dzieciakami z biedniejszych rodzin, których rodziców nie stać na prywatne lekcje. Perspektywa tego, że możemy zrobić dla nich coś dobrego, że możemy zmienić ich przyszłość, sposób postrzegania świata, sprawia wiele radości.

Jednak najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie w Meksyku, to ludzie, których tu poznałam. Meksykanie są niesamowici, ciepli, gościnni i przyjaźni. Nie mam ani jednego dnia, który spędzałabym sama – moi znajomi wciąż zabierają mnie w nowe miejsca. Troszczą się o mnie i sprawiają, że czuję się tu jak w domu.
Zostały mi jeszcze tylko 2 tygodnie mojej przygody i chociaż tęsknię za domem, za ludźmi w Polsce, to nie chcę wracać. Meksyk przez ten czas dał mi coś, czego nie da opisać się w jednym artykule. Jedno wiem na pewno – wrócę tu i to szybko. Do miejsc, do ludzi i do tej niesamowitej atmosfery, którą można zrozumieć dopiero wtedy, kiedy się ją poczuje na własnej skórze.

 

Autorką tekstu jest Sylwia Bijak

 

Opo yo? – czyli jak zrozumieć Indonezję

Decyzja podjęta w ułamek sekundy. Dlaczego inni spełniają swoje marzenia, a ja tylko siedzę i czekam na odpowiedni moment, który nigdy nie nadejdzie? Jadę na wolontariat. Gdzie? Jak najdalej! Padło na Indonezję. Bardziej z przypadku niż świadomego wyboru, ale ja wciąż wierzę, że coś mnie pokierowało właśnie tam.

 

Sama podróż samolotem była już wielką przygodą, leciałam pierwszy raz w życiu. Po kilkudziesięciu godzinach w drodze w końcu dotarłam tam, Surabaya. Miasto wiecznych korków i odgłosów nawoływania z Meczetów, tak je będę pamiętać. Już pierwszego dnia poczułam się tam jak w domu, mimo, że ciężko było znaleźć jakiekolwiek podobieństwo do Polski. Dlaczego więc tak się stało? Poznałam ich – moją Rodzinę. Wiem, że moich znajomych dziwi, że nazywam Ich ojcem, mamą, siostrą i bratem, ale Oni naprawdę stali się moją rodziną. Od początku byłam traktowana jak córka i siostra. To dzięki Nim poznałam kulturę Indonezji. Miałam okazję świętować z Nimi nowy rok muzułmański, uczestniczyć w ceremonii ślubnej czy po prostu spędzać miłe wieczory przy rozmowie. Po sześciu tygodniach nie wiedziałam czy wracam do domu, czy ja go właśnie opuszczam.

Cały projekt spędziłam w jednej szkole. Mimo, że byłam wolontariuszką w gimnazjum to spędzałam również czas z dziećmi z podstawówki. Spróbuj odmówić dzieciakom zaciągającym cię do klasy, żeby chwilę się z nimi pobawić. Szkoła jest muzułmańska. Cały dzień dostosowany jest do zasad panujących w islamie. Modlitwy o określonych godzinach w musholi (mały meczet), wszystkie dzieci w mundurkach, nauczyciele również mają swoje uniformy. Dziewczynki i nauczycielki w hidżabach. Przed każdą modlitwą wszystkie dzieci i pracownicy ustawiają się w kolejce do kranów, aby obmyć twarz, ręce i stopy. Dziewczynki w okresie menstruacji nie mogą przystępować do modlitwy, jest dla nich specjalna lista, na którą muszą się wpisać. Każdy okazuje tam szacunek osobie starszej całując jego rękę, ewentualnie przykładając do czoła lub policzka. Brzmi bardzo obco, prawda? Mimo to panuje tam otwarta rodzinna atmosfera, uczniowie nie raz przychodzili do pokoju nauczycielskiego i zwyczajnie rozmawiali z nauczycielami, czasem doradzali się w sprawach prywatnych, żartowali, jedli razem. Nigdy nie doświadczyłam takich relacji w moich szkołach. Od pierwszego dnia, ja również byłam traktowana jako członek ich społeczności.

Codziennie jechałam do szkoły z moim Host ojcem, który jest tam dyrektorem. Jeździliśmy motocyklem, ponieważ to szybszy środek transportu, mimo to dojazd trwał zawsze około godziny. Stanie w korku podczas upału nie należało do moich ulubionych aktywności, jednak bez problemu dało się to znieść. Ojciec zawsze robił mi kawę, po czym szłam do dzieci, rozmawiałam z nimi, uczyłam angielskiego, grałam w gry. Często spędzałam czas na rozmowie również z pracownikami w szkole. Wszyscy zawsze byli niesamowicie mili i pomocni. Mimo, że nie każdy mówi tam po angielsku, nauczyliśmy się wzajemnie rozumieć. Jest tylko jedno zdanie, którym mogę podsumować czas tam spędzony – „chcę tam wrócić”.

Ale wolontariat z AIESEC nie ogranicza się do projektu. To również wspaniały czas spędzony na podróżach. Kto nie skorzystałby z takiej możliwości? Każde miejsce, które zwiedziłam, zapamiętam na zawsze. Każdą świątynię, wodospady, wulkan, góry, pola ryżowe. Jednak jedna wycieczka jest dla mnie najbardziej niezwykła. Bali. Dwa dni z jedynym kompanem, który zabrał mnie w najciekawsze miejsca – skuterem. Nie spodziewałam się nawet, że będę mogła zwiedzić dzięki niemu aż tak dużą część tej niezwykłej wyspy. Warto zauważyć, że osoby, która wypożycza Ci skuter nie obchodzi nawet czy masz prawo jazdy.

Osobie pochodzącej z Europy może się wydawać na pierwszy rzut oka, że w Indonezji panuje chaos. Jeśli jednak dokładniej się przyjrzysz i zatopisz głębiej w kulturę, zauważysz szybko harmonię jaka tworzy każdy ich dzień.

Monika

 

Bella Italia! Czyli jak wygląda codzienność wolontariusza na słonecznym południu Europy

Jak wygląda codzienność wolontariusza na słonecznym południu Europy? Czy międzynarodowe przyjaźnie w sześć tygodni są możliwe? Jak radzić sobie z trudnymi sytuacjami? Jeśli chciałbyś poznać odpowiedzi, poznaj relację Beaty!

Na spotkaniu przygotowującym do wyjazdu i zorganizowanym przez AIESEC razem ze mną były osoby, które jechały do Serbii, Tajlandii i Chin. Wydaje się, że wolontariat we Włoszech, szczególnie, że już wielokrotnie tam byłam, przy tych dwóch egzotycznych krajach, to pestka. Jednak wtedy koleżanka powiedziała zdanie, które stało się moją dewizą: “Zrobię wszystko, żeby mój wolontariat nie był tylko, ale aż do Serbii.”. Po sześciu tygodniach w Turynie – milionowym mieście z najpiękniejszym barokowym placem w Europie i mnóstwem zabytków, mogę stwierdzić, że była to przygoda życia.

Przyjechałam w dzień, kiedy zjeżdżała się większość wolontariuszy, więc moim komitetem powitalnym był Włoch, będący moim “Buddy” i Meksykanin. Byłam w Turynie o 15:00, ale dopiero o 22:00 dotarliśmy do miejsca, w którym mieszkam i pracuję, bo chciałam spędzić więcej czasu z 17 osobami poznanymi tego dnia. Od razu złapałam świetny kontakt z Turczynką, Ukrainką, Pakistańczykiem oraz Turkiem i nadal jest to grupa, na którą zawsze mogę liczyć. Pierwszego dnia również przypomniałam sobie smak wyśmienitej włoskiej kuchni. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że czeka mnie niespodzianka i mam zapewnione aż trzy posiłki dziennie.

Przyjechałam na obóz sportowy dla dzieci w wieku od 5 do 18 lat. Byłam w towarzystwie trzech włoskich animatorów. Wyzwaniem jest nie tylko to, że codziennie przejeżdżało do ośrodka 80 dzieci, ale również to, że znajomość języka angielskiego jest tu na bardzo niskim poziomie. Jednak okazało się to dla mnie szansą, bo dzięki temu, że przez pewien czas uczyłam się języka włoskiego w Polsce, po tygodniu pobytu tutaj mój poziom komunikacji w tym języku znacząco wzrósł. Przyczyną było również to, że starałam się być blisko dzieci i kiedy podchodziły do mnie o coś spytać, czasem kilka razy musiały wolniej powtarzać ten sam komunikat po włosku, żebym zrozumiała, co motywuje ich do znajdowania odpowiedników w języku angielskim (swoją drogą, daje mi to ogromną radość!). Tak samo zresztą jak zabawa z nimi. Był czas na gry na sali gimnastycznej, basen, zabawę na dworze, wyjazd do ośrodka sportowego na świeżym powietrzu, ale również rysowanie czy taniec. Bywały też trudne momenty, kiedy słyszałam: “Beata, w moim makaronie jest pająk.”

Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to w pierwszym tygodniu miałam zapewniony wyjazd z najmłodszymi dziećmi do Riccione. Jak na miejscowość turystyczną przystało, zaliczyliśmy spacer brzegiem morza, zatopienie butów i lody o 22:00.

Jednak przy całej pracy niemniej ważnych jest ponad dwudziestu wolontariuszy z zagranicy, którzy w tym samym czasie rozpoczęli swoje projekty. Na wolontariacie były również osoby m.in. z Chin, Kazachstanu, Tajwanu, Meksyku, Tunezji, Kanady, Pakistanu czy Turcji. Będąc w tej samej sytuacji, ci ludzie stają się jak rodzina, która zawsze wesprze w potrzebie, z którą można kolejny raz spacerować tą samą ulicą, a i tak jest to niepowtarzalne. 

Zrób coś niesamowitego i nadaj cel swojej podróży! Wyjedź z nami! http://kato.aiesec.pl/globalvolunteer

Co, gdybym nie pojechała? Pewnie nic. Najgorsze “nic”, jakie mogłoby zagościć w moim życiu.

Napisać krótko o przygodzie w AIESEC? Może być ciężko, ale… spróbuję.
Cześć, jestem Irka i na chwilę zabiorę Was na Cypr – miejsce, do którego trafiłam w lipcu tego roku, właśnie dzięki wymianie z AIESEC. Jak to się zaczęło? Już od dzieciństwa marzyłam o podróżach, poznawaniu nowej kultury i ludzi innej narodowości.
Mimo wszystko obawiałam się, że nie będę miała wystarczających środków finansowych, a nawet jeśli, to nie będzie to wystarczająco bezpieczne… Na szczęście znalazłam wolontariat, który spełnił wszystkie moje oczekiwania. A nawet więcej! Nie tylko dostałam możliwość wyjazdu za granicę za śmiesznie małe pieniądze; organizacja AIESEC zadbała również o mój rozwój pod kontem umiejętności liderskich. 
Za każdym razem kiedy opowiadam o tym, czym się zajmowałam, ludzie dziwią się, że to w ogóle możliwe, bo coś takiego to tylko w filmach przyrodniczych… a jednak. Poleciałam na Cypr, żeby chronić żółwie morskie!
Chyba nie muszę mówić, jak ogromnym przeżyciem było wyciąganie tych małych gadów z piasku, przekładanie ich do wiader i wpuszczanie do wody. A tak naprawdę to tylko jedna z atrakcji, która mnie spotkała, zaraz obok zwiedzania najpiękniejszych zakątków Cypru, uczestniczenia w festiwalach, imprezach, relaksie na plaży… ale przede wszystkim poznania tak niesamowitych ludzi, z którymi w ciągu 6 tygodni, jakie tam spędziłam, stworzyłam niepowtarzalną, “międzynarodową rodzinę”.
Co by było, gdybym nie pojechała? Pewnie nic. Najgorsze “nic”, jakie mogłoby zagościć w moim życiu, “nic”, za którym kryłby się strach przed nieznanym, zrezygnowanie, bo skoro teraz nie miałam odwagi walczyć o swoje marzenia, to… kiedy? Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo rozczarowałabym samą siebie.
Jeśli naprawdę chcesz stworzyć historię, która zmieni Twoje życie, działaj. Mi się udało. Czemu Ty miałbyś nie spróbować?

Mój świat zmienił się o 180 stopni – Albania, wolontariat i Ewelina

Cześć!
Mam na imię Ewelina i w organizacji jestem od ponad roku. Po pierwszej realizacji mojego projektu, podczas którego do Katowic przyjechali wolontariusze z całego świata, aby uczyć dzieci języka angielskiego w szkołach, podjęłam decyzję, że również kiedyś wyjadę na podobny projekt. Jednak cały czas to odwlekałam na później, mówiłam sobie, że nie teraz, bo studia, praca, realizacja projektu tutaj na miejscu. Z czasem zauważam, że były to tylko wymówki. Studia, praca czy inne aktywności nie powinny być dla nas żadną przeszkodą. Powiedziałam sobie: “Kiedy, jak nie teraz?”. Na moją decyzję o wyjeździe wpłynęła głównie oferta, którą podesłała mi osoba odpowiedzialna za wyjazdy Global Volunteer. Projekt skierowany był do osób, które chcą opiekować się dziećmi niepełnosprawnymi na obozie wakacyjnym.  Decyzję podjęłam bardzo szybko-  zaaplikowałam, na drugi dzień miałam rozmowę i kupiłam bilety. I tak oto tydzień później zaczęła się moja przygoda w Albanii!

 

Szok kulturowy, bardzo mały odsetek osób mówiących po angielsku, brak możliwości komunikowania się z dziećmi w języku angielskim, to tylko jedne z nielicznych barier, które napotkałam na początku projektu. Wystarczyło jednak kilka dni, aby moja perspektywa zmieniła się 180 stopni, a to wszystko dzięki osobom, które poznałam. Ci ludzie okazali mi niesamowite wsparcie i zawsze służyli pomocą. Po czasie zrozumiałam, co tak naprawdę dajemy tym dzieciakom i jaki mamy na nich wpływ. Wystarczyła sama nasza obecność i spędzanie z nimi czasu, aby poczuć ogromną wdzięczność z ich strony.

 

Przez wyjazdem zastanawiałam się, co musiałoby się stać, aby było to doświadczenie, które naprawdę coś wniosło do mojego życia. Nie wierzyłam w opowieści osób, które wróciły z wolontariatu i opowiadały, jak bardzo to doświadczenie ich zmieniło. Nie wierzyłam, dopóki sama tego nie doświadczyłam. Nauczyłam się doceniać nawet najmniejsze rzeczy, nabrałam większego dystansu do życia, a przede wszystkim uwierzyłam w siebie. Uwierzyłam, że moja obecność i zaangażowanie w to co robiłam, dało efekty i sprawiło, że uśmiechy na twarzach otaczających mnie osób, towarzyszyły mi przez cały mój wyjazd.

Do czeskich Czech szło się… po staż z AIESEC!

Cześć! Nazywam się Martyna I dokładnie miesiąc temu wyjechałam do Pragi, by zacząć przygodę życia – staż w AIESEC.

Mniej więcej w maju zauważyłam, że za niedługo skończę studia licencjackie i nie mam planu co dalej, więc postanowiłam zrobić sobie rok przerwy zanim zacznę studia magisterskie, zastanowić się co naprawdę chcę robić w życiu, nauczyć się czegoś wartościowego i zdobyć międzynarodowe doświadczenie. Zdecydowałam się poszukać jakiegoś zagranicznego stażu i AIESEC wydał mi się oczywistą opcją. Studiowałam filologię czeską, więc w grę wchodziły jedynie Czechy. Aplikowałam na parę ofert i nie musiałam długo czekać, już po paru tygodniach byłam po rozmowie rekrutacyjnej z AIESEC w Pradze i dokładnie 8 czerwca zostałam oficjalnie zaakceptowana na staż jako nauczyciel angielskiego w stolicy Czech.

Jako nauczyciel spotykam bardzo dużo młodych i chętnych do nauki ludzi. Studenci zawsze poprawią mi humor i doradzą co warto zobaczyć i gdzie warto pójść. Inni nauczyciele na uniwersytecie są bardzo pomocni. Nie spotkałam się tutaj z żadnym problemem nie do rozwiązania.

Dziś mija miesiąc, odkąd tu jestem. Tak, to jeden z najfajniejszych miesięcy w moim życiu. Poznałam mnóstwo ludzi z całego świata, bardzo dużo się nauczyłam, przede wszystkim czeskiego, zwiedziłam nie tylko Pragę, ale też okolice. Co więcej, naprawdę uwielbiam swoją pracę i mam wielkie szczęście ją wykonywać w jednym z najpiękniejszych miast w Europie. Muszę przyznać, że była to jedna z najważniejszych i najlepszych decyzji w moim życiu.

 

Historia Sebastiana

Mam na imię Sebastian i jestem w organizacji dosyć krótko, bo od czerwca tego roku. Nie przeszkodziło mi to jednak w szybkim przystąpieniu do działania.

22092644_1442782099169214_899176364_o

Przy wsparciu osób z toruńskiego oddziału zacząłem od projektu Global Village, w którym miałem okazje poznać nowych znajomych z całego świata. Pozwoliło mi to przełamać swoją nieśmiałość i pewniej porozumiewać się w języku obcym – bez obaw, że po skończonej wypowiedzi zostanę przez kogoś oceniony jak w szkole. Dotychczasowe rozmowy na skype ze znajomymi zamieniły się na na rozmowy międzynarodowe. Później pojawiła się szansa aplikowania na osobę będącą w zespole organizującym narodową konferencję SumCo2017. Nie mogłem jej przegapić. Przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną i nie pozostało mi nic innego jak nastawić się na ciężką pracę. Oj była ciężka! Ale patrząc na nią z perspektywy czasu wiem, że to właśnie ona pozwoliła mi się najbardziej rozwinąć. Poznałem AIESEC Polska od kuchni. Zobaczyłem jak wygląda życie rady krajowej oraz złapałem kontakt z jej niezwykłymi członkami. Kolejnymi zaletami była nauka: pracy na dyskach Google w dwóch językach, komunikacji w zespole czy szukaniu rozwiązań na dosłownie każdy pojawiający się problem. Największym atutem AIESEC jest to, że z żadnymi trudnościami nie zostajemy sami i zawsze mamy do kogo się zwrócić o pomoc. Razem jesteśmy w stanie rozwijać się jeszcze szybciej i osiągać to co jakiś czas temu wydawało się nam niemożliwe do osiągnięcia. Wierzę, że Wasza przygoda z AIESEC rozpocznie się już teraz i potrwa jak najdłużej. Już nie mogę się doczekać naszego pierwszego spotkania!

Kobieta na krańcu Azji!

Tajlandia jest państwem położonym na południowo – wschodnim krańcu Azji, graniczy z Laosem, Kambodżą, Malezją oraz Birmą. Ten tropikalny kraj stał się celem jednej z AIESEC-erowych wolontariuszek – Klaudii.

„Wyjeżdżając do Tajlandii byłam pełna obaw, a w mojej głowie tworzyły się setki przeróżnych scenariuszy. Teraz uśmiecham się szeroko na myśl o tamtych dniach i już wiem, że nie ma czego się bać.” przyznaje dziewczyna.

Swoją przygodę rozpoczęła w Bangkoku, gdzie miała fenomenalną okazję poznać innych wolontariuszy. Bardzo ciepło wspomina chwile tak zwanego „orientation”. Za dnia uczestniczyła w przygotowanym przez AIESEC szkoleniu, a wieczorem odbywała się największa nieoficjalna integracja. Po szalonym weekendzie w Bangkoku przyszedł czas na spotkanie z host family, czyli rodziną u której miała mieszkać podczas swojego wolontariatu. Czuła zarówno ogromną tremę jak i entuzjazm. „Czy dogadam się z moją rodzinką? Czy mnie zaakceptują? Takie pytania nie dawały mi spokoju. Nie zajęło mi dużo czasu, żeby rozwiać i te wątpliwości. Okazali się cudowni! Spędzaliśmy bardzo dużo czasu razem zwiedzając, jedząc wspólnie posiłki, czy chociażby oglądając telewizję, gdy brak było już sił na zabawę.” zachwyca się Klaudia.

„Przed wyjazdem bałam się samotności. Tymczasem na palcach u jednej ręki mogłabym policzyć samotne minuty. Co lepsze, w tej samej miejscowości co ja, mieszkała również inna wolontariuszka z Polski, więc często się widywałyśmy, a poza tym w weekendy miałyśmy możliwość podróżowania oraz nawiązywania niezwykłych znajomości z innymi EP’s.” opowiada.
Wolontariat Klaudii polegał na prowadzeniu lekcji języka angielskiego dla dzieciaków w podstawówce. Szkoła w której pracowała była dość mała – liczyła niespełna 80 uczniów wraz z przedszkolem. „Jako, iż totalnie nie wychodzi mi bycie surowym nauczycielem to często śpiewaliśmy, graliśmy i oglądaliśmy filmy – oczywiście wszystko po angielsku!” śmieje się dziewczyna. Przyznaje, iż budującym i dostarczającym ogromnej satysfakcji faktem było to, że po miesiącu dostrzegała prawdziwą różnicę i aż serce się radowało, gdy dzieciaki z rana witały ją głośnym “How are you teacher?”. Szkolnictwo w Tajlandii znacznie różni się od tego w Polsce. Dzieci zaczynają lekcje o ósmej rano śpiewaniem hymnu i podsumowaniem dnia poprzedniego, a kończą o godzinie szesnastej zajęciami z tańca, bądź gry na instrumencie. Poziom znajomości języka angielskiego w tym kraju jest bardzo niski i większość nauczycieli nie umie się nim posługiwać. „Ja osobiście polecam przywyknąć do używania translatora google, gestykulacja również jak najbardziej wskazana!” radzi wolontariuszka.

„Pomimo nieznajomości języka angielskiego Tajowie wciąż są bardzo otwarci i serdeczni. Niezależnie od sytuacji dużo się uśmiechają i co najważniejsze ten uśmiech jest bardzo szczery. Uważam, że śmiało możemy brać z nich przykład. Będąc na wycieczce z innymi wolontariuszami w nadmorskim kurorcie, jedną z koleżanek oparzyła meduza. Już po chwili wokół niej stało kilka pań mieszkających w pobliżu, które sprawnie zajęły się poszkodowaną.” wspomina podróżniczka. Odmienna kultura, zwyczaje i zachowania tubylców, mogą doprowadzić do szoku kulturowego doznanego przez Europejczyka. Jednak dla Klaudii największym zdziwieniem były wszechobecne mrówki i jaszczurki, które czasami lubiły przekimać się nawet w czyimś łóżku. Oprócz tego musiała nauczyć się jeść bez noża i przywyknąć do toalet w wydaniu azjatyckim (papier toaletowy? Zapomnijcie!). „Teraz już nic nie jest mi straszne…nawet przyzwyczaiłam się do jedzenia ryżu na śniadanie, obiad i kolacje.” stwierdza.

„Ten projekt z pewnością wiele mnie nauczył. Czuję się bardziej samodzielna i otwarta. Podczas tego miesiąca poznałam również grono inspirujących ludzi z całego świata i obaliłam mnóstwo stereotypów. Na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę!” deklaruje Klaudia. Taki wyjazd to niecodzienna szansa dla każdego młodego człowieka, nie tylko na fenomenalną przygodę, ale też na samorozwój na wielu płaszczyznach, czego nie mógłby zrealizować żyjąc codzienną rutyną.


Chcesz przeżyć taką przygodę jak Klaudia? Wejdź na Kr.aiesec.pl/GlobalVolunteer i dowiedz się więcej.