Malezja w jeden… post

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest położyć wszystko na jedną kartę i po prostu wyjechać na drugi koniec świata? Jak to jest zostawić za sobą uczelniany gwar, zatłoczone ulice i wieczne „coś” do zrobienia? Martyna przestała się zastanawiać i po prostu to zrobiła. Dzięki Global Citizen mogła spontanicznie wybrać się… gdziekolwiek.

„Podróże wciągają i uzależniają. Ułożyłam swoją przyszłość między mapą świata, a wyszukiwarką tanich lotów – po kilku godzinach podjęłam finalną decyzję, gotowa bookować bilety w przeciągu najbliższych minut. Gdzie tam Madera.. Za mało. Dlaczego nie dalej? Może Chiny? Albo i nie, w sumie wizja bliskości akwenów wydawała się zbyt kusząca. Może Azja Pacyficzna? Któraś z dalekich znajomych rok wcześniej opublikowała bajeczne zdjęcie z Langkawi. Kiedy je oglądałam, pomyślałam, że za kilkanaście lat doprowadzę niektóre pomysły do realizacji i może w pewnym momencie życia wyląduję w tym miejscu, patrząc na domki z bali wchodzące głęboko w ocean. Ale… dlaczego nie teraz? Ostatni raz pochyliłam się nad wzorami elektronów delokalizujących się na zbyt wiele sposobów, z trzaskiem zamknęłam książkę i pod wpływem chwili zaczęłam aplikować na pierwsze projekty, nieumiejętnie pisząc maile dosłownie wszędzie, gdzie to możliwe. W ciągu tygodnia miałam za sobą pierwsze trzy wywiady: Filipiny, Indonezja, Malezja. W końcu uzmysłowiłam sobie, co się właśnie dzieje, w co się wpakowałam, praktycznie natychmiast rozpoczęłam pracę i własną rzeź intelektualno-emocjonalną, bo jak inaczej nazwać podwójną sesję godzoną na siłę z ustalonym sztywno grafikiem zmian. I… żadnej poprawki – we wrześniu trwać będzie jeszcze projekt, na który bardzo chcę pojechać.”

Brzmi egzotycznie? Bo tak było, skoro stanęło na Malezji. Możecie myśleć, po co, dlaczego tak daleko? I znów wchodzi w grę to, co ludzie uwielbiają, a zarazem irracjonalnie się tego boją – emocje. Strach. Niepewność. Delikatne zrezygnowanie. By nagle, po kilkunastu godzinach, zmienić się w chęć zasmakowania każdej możliwej potrawy na lokalnym rynku czy mały przemyt na szczyt Twin Towers.

„Pierwszej piątkowej nocy popłynęłam ze znajomymi na Langkawi. Ze wschodem słońca dotarliśmy na plażę i cały dzień spędziliśmy z małymi krabami podszczypującymi kolana i palce u stóp, doczekaliśmy tam aż do zachodu – zachody to to, czego najbardziej brakuje mi w Polsce. Tamtejsze słońce znika za horyzontem w przeciągu kilkunastu minut, a potem cały świat ogarnia przeraźliwy mrok. Nieco za szybko, bo w takiej scenerii można byłoby spędzać wieczorne godziny, bezkresne, beztroskie. Wieczorem na niebie unosiły się ostatnie grupy paralotniarzy, z wysp naprzeciwko docierało delikatne iskrzenie hotelowych latarni. Szorstki, gruby piasek i fale uderzające o brzeg, w swoim monotonnym, swobodnym rytmie. Jeszcze w ustach posmak słonej kąpieli, włosy zwichrzone i przeraźliwie suche. Chłód przemoczonego ręcznika. Nadal raj, o którym długo marzyłam. Kolejnego dnia pojechaliśmy nowym samochodem na wzgórze, dotarliśmy na szczyt kolejką linową. Kilka schodów dzieliło mnie od podestu, a potem… spojrzałam przed siebie i po raz pierwszy w pełni odczułam swoją obecność. Centymetr po centymetrze, fizyczną, duchową, jedność. Zgodność chwili i czasu? Wolnym przypływem rześkiego powietrza, dotarło do mnie, że naprawdę zrealizowałam ten plan.”

Kolejny raz nie chcę się rozpisywać o tym, czego dokładnie dotyczy projekt, bo takie informacje są na wyciągnięcie ręki. Chciałabym przybliżyć, słowami Martyny, emocje towarzyszące takiemu wyjazdowi, szalonemu, ale owocnemu. Owocnemu w znajomości, w rozwój osobisty i duchowy, wykreowanie samej siebie (lub samego siebie, nie dyskryminując płci silniejszej oczywiście).

„Wszystkim czego szukałam, byłam ja sama. Z każdym dniem miałam za sobą coraz więcej wsparcia w bliskich, którzy chociaż nie rozumieli obecnych wydarzeń, nie próbowali na siłę ściągać myślami do siebie. Cierpliwie czekali, na powrót. Wiedzieli, że pewne sprawy nie będą przypominały do swojego przeszłego stanu, otworzyli się na malezyjskie światło, które przemyciłam w puszkach z dżemem kokosowym.”

A Ty, gdybyś mógł spełnić swoje marzenie i wybrać się w każde możliwe miejsce na Świecie, odważyłbyś się? Oczywiście wykluczając Antarktydę, bo tam rządzą pingwiny. I misie polarne.

http://globalcitizen.pl

Paulina Pierzyńska,

z pomocą Martyny Komorowskiej