Posts

Llama in my… Peru Volunteering!

Dlaczego wyjechałam? – Bo po prostu tego chciałam!

Bardzo prosta odpowiedź, prawda? Dla wielu zbyt abstrakcyjna, dla mnie też taka była, ale zacznijmy od początku! Nazywam się Greta i opowiem Wam, jak spełniłam największe marzenie wyjeżdżając na wolontariat do Peru.

Idąc na studia szukałam różnych możliwości i w taki sposób trafiłam do organizacji AIESEC, gdzie działałam przez dwa lata i najbardziej żałuję, że przez dwa lata zawsze pojawiały się wymówki: “nieodpowiedni moment”, “nie mam na to czasu”, “mam inne zobowiązania” i wiele innych. Niespodziewanie, po zakończeniu doświadczenia w organizacji dostałam pracę, która okazała się ścieżką do wymarzonej kariery i w tym momencie moje marzenie wydawało mi się niemożliwe. Nic bardziej mylnego!
Dostałam urlop na dwa miesiące wraz z worem wsparcia i zaufania. Kupiłam bilety i dwa miesiące później znalazłam się na drugim końcu świata, w stolicy Peru – Limie. Na lotnisku przywitały mnie osoby organizujące projekt, a poza lotniskiem poznałam totalny chaos i korki uliczne!

Jeździłam już wiele po świecie, ale pierwszy raz mieszkałam w rodzinnym domu u ludzi z danego kraju i było to najwspanialsze doświadczenie w moim życiu. Rodzina, u której byłam, przez 8 tygodni stała się również moją rodziną. Gościnność oraz troska, jaką dostałam, była bezcenna! Dzięki peruwiańskiej mamie i siostrom, poznałam historię, kulturę, obyczaje i codzienne życie Peruwiańczyków.

W trakcie projektu uczyłam dzieciaki angielskiego w najbiedniejszej dzielnicy Limy, gdzie zdałam sobie również sprawę, że znaczenie biedy ma tam całkowite inne znaczenie niż w Europie. Dzieciaki nie czuły przynależności do kraju, natomiast do wzgórza, na którym mieszkały. Myliły Polskę z Kolumbią i pierwszy raz spotkały osobę o europejskiej urodzie. Mimo wszystko, czas spędzony z nimi oraz ciepło, które mogłam im podarować, było bezcennym doświadczeniem!

 

Szok kulturowy był ze mną każdego dnia! O tym mogłabym napisać oddzielny artykuł, natomiast największym szokiem dla mnie był transport publiczny, a właściwie jego brak. Wyobraźcie sobie miasto, w którym żyje 11 milionów ludzi i nie mają rozkładów jazdy oraz przystanków. Tak, to szalona Lima. Codziennie dojazd do szkoły, w której uczyłam, zajmował mi 2 godziny w jedną stronę. Myślicie, że narzekałam? Nie, ponieważ to jest to normalne dla każdej osoby mieszkającej w stolicy.

 

W tym wyjeździe największym plusem był fakt, że mogłam pomóc i przy okazji zwiedzić państwo wraz z innymi wolontariuszami… Peru kojarzy się oczywiście z Machu Picchu, które rzeczywiście jest niesamowite, ale ten kraj ma do zaoferowania dużo więcej! Udało mi się zwiedzić cały kraj, zjeżdżając na desce z pustynnych wydm, śpiąc u tubylców pośrodku najwyżej położonego jeziora na świecie, wspinając się na pięciotysięczniki oraz łowiąc piranie w dżungli.

 

Ta przygoda, jak i Peru nauczyły mnie wielu rzeczy, a przede wszystkim doceniać małe rzeczy: ciepłą wodę, dach nad głową, bezpieczeństwo czy transport publiczny. Minęło już 3 miesiące od mojego powrotu i chcę tam wrócić. Moja historia jest dla mnie samej przykładem i mam nadzieję, że Ty też stworzysz własną historię poprzez swoje chęci!

Autorką tekstu jest Greta Wikiera

Ale Meksyk! Czyli jak dziewczyna z małego miasta w Polsce może odnaleźć siebie w jednym z największych miast na świecie.

‘Tam jest bardzo niebezpiecznie!’, ‘Nigdy nie podróżuj metrem!’ ‘Nie jedz jedzenia od ulicznych sprzedawców!’ ‘Miasto to jeden wielki chaos!’ – to tylko niektóre z rzeczy, które słyszałam przed moim przyjazdem tutaj. Dlaczego mimo tego wszystkiego zdecydowałam się na tą podróż? Zacznijmy od początku…

Działałam w organizacji AIESEC Katowice przez prawie 3 lata. Większość tego czasu spędziłam zajmując się wolontariuszami z całego świata, którzy przyjeżdżali do Katowic pracować z dziećmi i młodzieżą. Na każdym kroku słyszałam historie, jak wolontariat zmienił ich życie, jaki wspaniały czas spędzili w Polsce. Chciałam zrobić coś takiego jak oni, chciałam poczuć to doświadczenie na własnej skórze. Jednak cały czas odkładałam to na później.

Kiedy skończyłam swoją działalność w AIESEC, zaczęłam pracę. Jednak po kilku miesiącach postanowiłam poprosić o urlop bezpłatny, aby w końcu móc zrealizować swoje marzenia. Zaakceptowano mój wniosek i już w listopadzie z walizką czekałam na mój lot do Meksyku.

Szok kulturowy? Oczywiście! Jestem tu już 5 tydzień, a śmieję się, że szok kulturowy spotyka mnie wciąż, na każdym kroku. Ale przyzwyczaiłam się do tego. I tak naprawdę bardzo to lubię. Miasto jest ogromne. Czasem nawet przytłaczające, ludzie na ulicach nie mówią po angielsku, a korki są nawet w metrze. Jednak z drugiej strony jest piękne. Ma swój niepowtarzalny urok, a miejsca warte zobaczenia liczone są w dziesiątkach, a nawet setkach. Czy jest niebezpiecznie? Pewnie w niektórych miejscach tak, ale osobiście nigdy nie byłam w sytuacji, w której czułabym zagrożenie. Ludzie mi się przyglądają (w autobusach, metrze, na ulicach jestem często jedyną ‘białą’ osobą), ale robią to z sympatią i często się do mnie uśmiechają.
Przyjeżdżając tutaj myślałam tylko o tym, że mogę zrobić wspaniałe rzeczy dla dzieci, z którymi pracuję. Nie myślałam jak wiele ten wolontariat może dać mnie samej. Po prawie 5 tygodniach w tym mieście zupełnie zmieniam zdanie.

Nauczyłam się wielu rzeczy. Przede wszystkim nauczyłam się doceniać. Cieszę się z naprawdę małych rzeczy, które spotykają mnie każdego dnia. Począwszy od dotarcia na miejsce na czas (korki w Meksyku nie są mitem – to szczera prawda), przez zamówienie jedzenia w restauracji, dogadanie się z ludźmi na ulicy (chociaż nie znam hiszpańskiego), kończąc na uśmiechach dzieci. Praca z dzieciakami nie jest łatwa, ale daje dużo satysfakcji. Mój projekt polega na popołudniowych zajęciach angielskiego z dzieciakami z biedniejszych rodzin, których rodziców nie stać na prywatne lekcje. Perspektywa tego, że możemy zrobić dla nich coś dobrego, że możemy zmienić ich przyszłość, sposób postrzegania świata, sprawia wiele radości.

Jednak najlepsza rzecz, jaka spotkała mnie w Meksyku, to ludzie, których tu poznałam. Meksykanie są niesamowici, ciepli, gościnni i przyjaźni. Nie mam ani jednego dnia, który spędzałabym sama – moi znajomi wciąż zabierają mnie w nowe miejsca. Troszczą się o mnie i sprawiają, że czuję się tu jak w domu.
Zostały mi jeszcze tylko 2 tygodnie mojej przygody i chociaż tęsknię za domem, za ludźmi w Polsce, to nie chcę wracać. Meksyk przez ten czas dał mi coś, czego nie da opisać się w jednym artykule. Jedno wiem na pewno – wrócę tu i to szybko. Do miejsc, do ludzi i do tej niesamowitej atmosfery, którą można zrozumieć dopiero wtedy, kiedy się ją poczuje na własnej skórze.

 

Autorką tekstu jest Sylwia Bijak

 

Bella Italia! Czyli jak wygląda codzienność wolontariusza na słonecznym południu Europy

Jak wygląda codzienność wolontariusza na słonecznym południu Europy? Czy międzynarodowe przyjaźnie w sześć tygodni są możliwe? Jak radzić sobie z trudnymi sytuacjami? Jeśli chciałbyś poznać odpowiedzi, poznaj relację Beaty!

Na spotkaniu przygotowującym do wyjazdu i zorganizowanym przez AIESEC razem ze mną były osoby, które jechały do Serbii, Tajlandii i Chin. Wydaje się, że wolontariat we Włoszech, szczególnie, że już wielokrotnie tam byłam, przy tych dwóch egzotycznych krajach, to pestka. Jednak wtedy koleżanka powiedziała zdanie, które stało się moją dewizą: “Zrobię wszystko, żeby mój wolontariat nie był tylko, ale aż do Serbii.”. Po sześciu tygodniach w Turynie – milionowym mieście z najpiękniejszym barokowym placem w Europie i mnóstwem zabytków, mogę stwierdzić, że była to przygoda życia.

Przyjechałam w dzień, kiedy zjeżdżała się większość wolontariuszy, więc moim komitetem powitalnym był Włoch, będący moim “Buddy” i Meksykanin. Byłam w Turynie o 15:00, ale dopiero o 22:00 dotarliśmy do miejsca, w którym mieszkam i pracuję, bo chciałam spędzić więcej czasu z 17 osobami poznanymi tego dnia. Od razu złapałam świetny kontakt z Turczynką, Ukrainką, Pakistańczykiem oraz Turkiem i nadal jest to grupa, na którą zawsze mogę liczyć. Pierwszego dnia również przypomniałam sobie smak wyśmienitej włoskiej kuchni. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że czeka mnie niespodzianka i mam zapewnione aż trzy posiłki dziennie.

Przyjechałam na obóz sportowy dla dzieci w wieku od 5 do 18 lat. Byłam w towarzystwie trzech włoskich animatorów. Wyzwaniem jest nie tylko to, że codziennie przejeżdżało do ośrodka 80 dzieci, ale również to, że znajomość języka angielskiego jest tu na bardzo niskim poziomie. Jednak okazało się to dla mnie szansą, bo dzięki temu, że przez pewien czas uczyłam się języka włoskiego w Polsce, po tygodniu pobytu tutaj mój poziom komunikacji w tym języku znacząco wzrósł. Przyczyną było również to, że starałam się być blisko dzieci i kiedy podchodziły do mnie o coś spytać, czasem kilka razy musiały wolniej powtarzać ten sam komunikat po włosku, żebym zrozumiała, co motywuje ich do znajdowania odpowiedników w języku angielskim (swoją drogą, daje mi to ogromną radość!). Tak samo zresztą jak zabawa z nimi. Był czas na gry na sali gimnastycznej, basen, zabawę na dworze, wyjazd do ośrodka sportowego na świeżym powietrzu, ale również rysowanie czy taniec. Bywały też trudne momenty, kiedy słyszałam: “Beata, w moim makaronie jest pająk.”

Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to w pierwszym tygodniu miałam zapewniony wyjazd z najmłodszymi dziećmi do Riccione. Jak na miejscowość turystyczną przystało, zaliczyliśmy spacer brzegiem morza, zatopienie butów i lody o 22:00.

Jednak przy całej pracy niemniej ważnych jest ponad dwudziestu wolontariuszy z zagranicy, którzy w tym samym czasie rozpoczęli swoje projekty. Na wolontariacie były również osoby m.in. z Chin, Kazachstanu, Tajwanu, Meksyku, Tunezji, Kanady, Pakistanu czy Turcji. Będąc w tej samej sytuacji, ci ludzie stają się jak rodzina, która zawsze wesprze w potrzebie, z którą można kolejny raz spacerować tą samą ulicą, a i tak jest to niepowtarzalne. 

Zrób coś niesamowitego i nadaj cel swojej podróży! Wyjedź z nami! http://kato.aiesec.pl/globalvolunteer

Co, gdybym nie pojechała? Pewnie nic. Najgorsze “nic”, jakie mogłoby zagościć w moim życiu.

Napisać krótko o przygodzie w AIESEC? Może być ciężko, ale… spróbuję.
Cześć, jestem Irka i na chwilę zabiorę Was na Cypr – miejsce, do którego trafiłam w lipcu tego roku, właśnie dzięki wymianie z AIESEC. Jak to się zaczęło? Już od dzieciństwa marzyłam o podróżach, poznawaniu nowej kultury i ludzi innej narodowości.
Mimo wszystko obawiałam się, że nie będę miała wystarczających środków finansowych, a nawet jeśli, to nie będzie to wystarczająco bezpieczne… Na szczęście znalazłam wolontariat, który spełnił wszystkie moje oczekiwania. A nawet więcej! Nie tylko dostałam możliwość wyjazdu za granicę za śmiesznie małe pieniądze; organizacja AIESEC zadbała również o mój rozwój pod kontem umiejętności liderskich. 
Za każdym razem kiedy opowiadam o tym, czym się zajmowałam, ludzie dziwią się, że to w ogóle możliwe, bo coś takiego to tylko w filmach przyrodniczych… a jednak. Poleciałam na Cypr, żeby chronić żółwie morskie!
Chyba nie muszę mówić, jak ogromnym przeżyciem było wyciąganie tych małych gadów z piasku, przekładanie ich do wiader i wpuszczanie do wody. A tak naprawdę to tylko jedna z atrakcji, która mnie spotkała, zaraz obok zwiedzania najpiękniejszych zakątków Cypru, uczestniczenia w festiwalach, imprezach, relaksie na plaży… ale przede wszystkim poznania tak niesamowitych ludzi, z którymi w ciągu 6 tygodni, jakie tam spędziłam, stworzyłam niepowtarzalną, “międzynarodową rodzinę”.
Co by było, gdybym nie pojechała? Pewnie nic. Najgorsze “nic”, jakie mogłoby zagościć w moim życiu, “nic”, za którym kryłby się strach przed nieznanym, zrezygnowanie, bo skoro teraz nie miałam odwagi walczyć o swoje marzenia, to… kiedy? Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo rozczarowałabym samą siebie.
Jeśli naprawdę chcesz stworzyć historię, która zmieni Twoje życie, działaj. Mi się udało. Czemu Ty miałbyś nie spróbować?

Mój świat zmienił się o 180 stopni – Albania, wolontariat i Ewelina

Cześć!
Mam na imię Ewelina i w organizacji jestem od ponad roku. Po pierwszej realizacji mojego projektu, podczas którego do Katowic przyjechali wolontariusze z całego świata, aby uczyć dzieci języka angielskiego w szkołach, podjęłam decyzję, że również kiedyś wyjadę na podobny projekt. Jednak cały czas to odwlekałam na później, mówiłam sobie, że nie teraz, bo studia, praca, realizacja projektu tutaj na miejscu. Z czasem zauważam, że były to tylko wymówki. Studia, praca czy inne aktywności nie powinny być dla nas żadną przeszkodą. Powiedziałam sobie: “Kiedy, jak nie teraz?”. Na moją decyzję o wyjeździe wpłynęła głównie oferta, którą podesłała mi osoba odpowiedzialna za wyjazdy Global Volunteer. Projekt skierowany był do osób, które chcą opiekować się dziećmi niepełnosprawnymi na obozie wakacyjnym.  Decyzję podjęłam bardzo szybko-  zaaplikowałam, na drugi dzień miałam rozmowę i kupiłam bilety. I tak oto tydzień później zaczęła się moja przygoda w Albanii!

 

Szok kulturowy, bardzo mały odsetek osób mówiących po angielsku, brak możliwości komunikowania się z dziećmi w języku angielskim, to tylko jedne z nielicznych barier, które napotkałam na początku projektu. Wystarczyło jednak kilka dni, aby moja perspektywa zmieniła się 180 stopni, a to wszystko dzięki osobom, które poznałam. Ci ludzie okazali mi niesamowite wsparcie i zawsze służyli pomocą. Po czasie zrozumiałam, co tak naprawdę dajemy tym dzieciakom i jaki mamy na nich wpływ. Wystarczyła sama nasza obecność i spędzanie z nimi czasu, aby poczuć ogromną wdzięczność z ich strony.

 

Przez wyjazdem zastanawiałam się, co musiałoby się stać, aby było to doświadczenie, które naprawdę coś wniosło do mojego życia. Nie wierzyłam w opowieści osób, które wróciły z wolontariatu i opowiadały, jak bardzo to doświadczenie ich zmieniło. Nie wierzyłam, dopóki sama tego nie doświadczyłam. Nauczyłam się doceniać nawet najmniejsze rzeczy, nabrałam większego dystansu do życia, a przede wszystkim uwierzyłam w siebie. Uwierzyłam, że moja obecność i zaangażowanie w to co robiłam, dało efekty i sprawiło, że uśmiechy na twarzach otaczających mnie osób, towarzyszyły mi przez cały mój wyjazd.

Do czeskich Czech szło się… po staż z AIESEC!

Cześć! Nazywam się Martyna I dokładnie miesiąc temu wyjechałam do Pragi, by zacząć przygodę życia – staż w AIESEC.

Mniej więcej w maju zauważyłam, że za niedługo skończę studia licencjackie i nie mam planu co dalej, więc postanowiłam zrobić sobie rok przerwy zanim zacznę studia magisterskie, zastanowić się co naprawdę chcę robić w życiu, nauczyć się czegoś wartościowego i zdobyć międzynarodowe doświadczenie. Zdecydowałam się poszukać jakiegoś zagranicznego stażu i AIESEC wydał mi się oczywistą opcją. Studiowałam filologię czeską, więc w grę wchodziły jedynie Czechy. Aplikowałam na parę ofert i nie musiałam długo czekać, już po paru tygodniach byłam po rozmowie rekrutacyjnej z AIESEC w Pradze i dokładnie 8 czerwca zostałam oficjalnie zaakceptowana na staż jako nauczyciel angielskiego w stolicy Czech.

Jako nauczyciel spotykam bardzo dużo młodych i chętnych do nauki ludzi. Studenci zawsze poprawią mi humor i doradzą co warto zobaczyć i gdzie warto pójść. Inni nauczyciele na uniwersytecie są bardzo pomocni. Nie spotkałam się tutaj z żadnym problemem nie do rozwiązania.

Dziś mija miesiąc, odkąd tu jestem. Tak, to jeden z najfajniejszych miesięcy w moim życiu. Poznałam mnóstwo ludzi z całego świata, bardzo dużo się nauczyłam, przede wszystkim czeskiego, zwiedziłam nie tylko Pragę, ale też okolice. Co więcej, naprawdę uwielbiam swoją pracę i mam wielkie szczęście ją wykonywać w jednym z najpiękniejszych miast w Europie. Muszę przyznać, że była to jedna z najważniejszych i najlepszych decyzji w moim życiu.

 

Na wolontariat do Maroka

A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w …, no właśnie – gdzie? Niedostatek planów na nadchodzący czas? Brak pomysłu na wakacje?

morocco-1713028_960_720Domyślam się, że większość z Was zawsze chciała być częścią czegoś wielkiego. Pewnie z ożywieniem myślisz o współtworzeniu genialnej, międzynarodowej historii.

Nie wątpię, że jesteś świadomy jak ważne jest zdobywanie doświadczenia, które będzie miało realny wpływ na Twoją karierę. Mam pewien pomysł. Co Ty na to aby odpowiedzieć na lokalne problemy społeczno-kulturowe współczesnego świata albo zwyczajnie pozbyć się bariery językowej poprzez poznawanie podobnych do Ciebie młodych ludzi?

Proponuję wstawienie w miejsce wielokropka z pierwszego zdania słowo-klucz „Maroko” (tak, to nie jest pomyłka, Bieszczady i ochronę tamtejszych endemitów pozostawiamy pracownikom parku).

Maroko uważane jest, nie bez racji, za jeden z najbardziej stabilnych i nowoczesnych krajów w Afryce. Przyjazna gospodarka i stosunkowo przejrzyste zasady sprawowania władzy, przyciągają coraz więcej inwestorów, jak i turystów.

marrakesh-999373_960_720Wobec tego, w czym tkwi problem?
Czy wiedziałeś, że wskaźnik zaniechania edukacji i powtarzanie klas to podstawowe problemy mające wpływ na poziom szkolnictwa w tym kraju? Może słyszałeś o innych wewnętrznych problemach tego państwa, jakimi są obszary biedy wokół rozwijających się miast, czy też dysproporcje majątkowe?

Jak mogę pomóc?
Proponujemy wolontariat w czterech obszarach: „Education”, „Health”, „Brand Experience”, „Cultural Understanding”. Możliwości jest wiele; poczynając od szerzenia dostępu do lepszej edukacji, kończąc na pogłębianiu zrozumienia kulturowego. Wybór ścieżki rozwoju należy do Ciebie!

Podobny obrazDlaczego właśnie Maroko?

Decydując się na uczestnictwo w projekcie, nie tylko odpowiadasz na problemy współczesnego świata, ale także zyskujesz nieocenione doświadczenie kulturowe. Czas wolontariatu sprzyja poznawaniu architektury, zwyczajów, a nawet lokalnej kuchni. Kto wie, być może staniesz się bywalcem zabytkowych marokańskich medres, bądź zakosztujesz w piciu touarega, czyli zielonej herbaty z miętą?

Przekonaj się sam! Może to już czas aby zacząć działać i budować swoją własną historię?

Jako AIESEC wspieramy Cele Zrównoważonego Rozwoju ONZ. Wybierając wyjazd na wolontariat do Maroka, wspierasz je razem z nami.

Dominika Krusz

Chiny jakich nie znacie – historia Karoliny

17431698_1459399094101625_617346676_o (2)Azja Wschodnia to moje życie od ponad 6 lat. Dzięki wolontariatowi z AIESEC w końcu miałam szansę spełnić marzenie pojechania do miejsca, o którym tyle czytałam, a mój wybór padł na 25-milionowe miasto w Chinach – Szanghaj. Miałam szansę zanurzyć się w kulturze i mentalności Chin mieszkając z host family. Mój wolontariat polegał na pracy z ludźmi starszymi, którzy chcieli się uczyć języka angielskiego. Miałam zajęć akurat tyle, by móc jeszcze pozwiedzać i poznać wspaniałych ludzi z całego świata!

 

 

Pomimo wyzwania jakie przede mną stanęło – poradzić sobie w mieście, gdzie szansa na to, że ktoś umie angielski to 50% – dałam się porwać przygodzie. Spotkania ze starszymi osobami nauczyły mnie optymizmu i podbudowały moją pewność siebie: oni przychodzili chętnie na moje zajęcia, a ja mogłam dać coś z siebie. Wiem i wierzę, że pomimo barier przy odrobinie wolnej woli da się załatwić wszystko.  Spotkałam się z niesamowitą życzliwością ludzi i wyrozumiałością na to, że „nie jestem stąd”.

Obecnie staram się pracować nad czymś jeszcze i to w Polsce – nad tym, by obalić fałszywe wyobrażenie o Chinach, „komunie” i paru innych rzeczach 🙂

17408524_1459399934101541_1144590950_o (1)

 17430829_1459399954101539_1298643663_o (1)Karolina Zep

Włoska przygoda, czyli historia Ady

13658968_298743277137913_4447270260708056682_nMoja przygoda z AIESEC rozpoczęła się lękiem przed nieznanym. Jednak ten lęk powoli rozwiał się i ustąpił uczuciu ekscytacji w chwili, której pojawiłam się na miejscu. Zostałam ciepło przywitana i dbano o mnie niemalże na każdym kroku. Spędziłam tam parę tygodni, które na zawsze zapiszą mi się w pamięci.

 

Myślę, że najbardziej emocjonującym aspektem wyjazdu była możliwość zwiedzenia Włoszech i poznania jego kultury oraz zwyczajów. Zobaczyłam wiele znanych miejsc, do których zawsze chciałam się udać, z czego jestem niezmiernie szczęśliwa. Byłam w Wenecji, Weronie, Trieście, Udine, (od którego mieszkałam 20 minut drogi samochodem), nad jeziorem Garda, Cividale, Palmanovie, Padwie i Ligano. Dodatkową zaletą było to, że często sami Włosi pokazywali nam swój kraj i opowiadali o jego historii. Największym zaskoczeniem była dla mnie relacja, jaką nawiązałam zarówno z wolontariuszami, jaki i z pracownikami ośrodka, w którym pracowałam.

Hisilicon Balong

Już po krótkim czasie poczułam się tam jak w domu, a osoby, z którymi przebywałam były dla mnie niemalże jak rodzina i najbliżsi przyjaciele. Dobroć i otwartość ludzi, którzy się nami zajmowali jest nie do opisania.

 

Z przyjemnością wspominam mój wyjazd do Włoszech i wszystkie przygody, które mogłam tam przeżyć. Mimo, że od wolontariatu minęło trochę czasu, nadal utrzymuje kontakt z wolontariuszami. Ten wyjazd dał mi coś więcej niż możliwość zwiedzania Włoch i miłe wspomnienia. Dał mi przyjaźń, która przetrwała pomimo dzielących nas granic. Międzynarodową przyjaźń, którą bez wahania mogę nazwać wyjątkową i długotrwałą.

 

Ada Milaniak