Posts

Kobieta na krańcu Azji!

Tajlandia jest państwem położonym na południowo – wschodnim krańcu Azji, graniczy z Laosem, Kambodżą, Malezją oraz Birmą. Ten tropikalny kraj stał się celem jednej z AIESEC-erowych wolontariuszek – Klaudii.

„Wyjeżdżając do Tajlandii byłam pełna obaw, a w mojej głowie tworzyły się setki przeróżnych scenariuszy. Teraz uśmiecham się szeroko na myśl o tamtych dniach i już wiem, że nie ma czego się bać.” przyznaje dziewczyna.

Swoją przygodę rozpoczęła w Bangkoku, gdzie miała fenomenalną okazję poznać innych wolontariuszy. Bardzo ciepło wspomina chwile tak zwanego „orientation”. Za dnia uczestniczyła w przygotowanym przez AIESEC szkoleniu, a wieczorem odbywała się największa nieoficjalna integracja. Po szalonym weekendzie w Bangkoku przyszedł czas na spotkanie z host family, czyli rodziną u której miała mieszkać podczas swojego wolontariatu. Czuła zarówno ogromną tremę jak i entuzjazm. „Czy dogadam się z moją rodzinką? Czy mnie zaakceptują? Takie pytania nie dawały mi spokoju. Nie zajęło mi dużo czasu, żeby rozwiać i te wątpliwości. Okazali się cudowni! Spędzaliśmy bardzo dużo czasu razem zwiedzając, jedząc wspólnie posiłki, czy chociażby oglądając telewizję, gdy brak było już sił na zabawę.” zachwyca się Klaudia.

„Przed wyjazdem bałam się samotności. Tymczasem na palcach u jednej ręki mogłabym policzyć samotne minuty. Co lepsze, w tej samej miejscowości co ja, mieszkała również inna wolontariuszka z Polski, więc często się widywałyśmy, a poza tym w weekendy miałyśmy możliwość podróżowania oraz nawiązywania niezwykłych znajomości z innymi EP’s.” opowiada.
Wolontariat Klaudii polegał na prowadzeniu lekcji języka angielskiego dla dzieciaków w podstawówce. Szkoła w której pracowała była dość mała – liczyła niespełna 80 uczniów wraz z przedszkolem. „Jako, iż totalnie nie wychodzi mi bycie surowym nauczycielem to często śpiewaliśmy, graliśmy i oglądaliśmy filmy – oczywiście wszystko po angielsku!” śmieje się dziewczyna. Przyznaje, iż budującym i dostarczającym ogromnej satysfakcji faktem było to, że po miesiącu dostrzegała prawdziwą różnicę i aż serce się radowało, gdy dzieciaki z rana witały ją głośnym “How are you teacher?”. Szkolnictwo w Tajlandii znacznie różni się od tego w Polsce. Dzieci zaczynają lekcje o ósmej rano śpiewaniem hymnu i podsumowaniem dnia poprzedniego, a kończą o godzinie szesnastej zajęciami z tańca, bądź gry na instrumencie. Poziom znajomości języka angielskiego w tym kraju jest bardzo niski i większość nauczycieli nie umie się nim posługiwać. „Ja osobiście polecam przywyknąć do używania translatora google, gestykulacja również jak najbardziej wskazana!” radzi wolontariuszka.

„Pomimo nieznajomości języka angielskiego Tajowie wciąż są bardzo otwarci i serdeczni. Niezależnie od sytuacji dużo się uśmiechają i co najważniejsze ten uśmiech jest bardzo szczery. Uważam, że śmiało możemy brać z nich przykład. Będąc na wycieczce z innymi wolontariuszami w nadmorskim kurorcie, jedną z koleżanek oparzyła meduza. Już po chwili wokół niej stało kilka pań mieszkających w pobliżu, które sprawnie zajęły się poszkodowaną.” wspomina podróżniczka. Odmienna kultura, zwyczaje i zachowania tubylców, mogą doprowadzić do szoku kulturowego doznanego przez Europejczyka. Jednak dla Klaudii największym zdziwieniem były wszechobecne mrówki i jaszczurki, które czasami lubiły przekimać się nawet w czyimś łóżku. Oprócz tego musiała nauczyć się jeść bez noża i przywyknąć do toalet w wydaniu azjatyckim (papier toaletowy? Zapomnijcie!). „Teraz już nic nie jest mi straszne…nawet przyzwyczaiłam się do jedzenia ryżu na śniadanie, obiad i kolacje.” stwierdza.

„Ten projekt z pewnością wiele mnie nauczył. Czuję się bardziej samodzielna i otwarta. Podczas tego miesiąca poznałam również grono inspirujących ludzi z całego świata i obaliłam mnóstwo stereotypów. Na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę!” deklaruje Klaudia. Taki wyjazd to niecodzienna szansa dla każdego młodego człowieka, nie tylko na fenomenalną przygodę, ale też na samorozwój na wielu płaszczyznach, czego nie mógłby zrealizować żyjąc codzienną rutyną.


Chcesz przeżyć taką przygodę jak Klaudia? Wejdź na Kr.aiesec.pl/GlobalVolunteer i dowiedz się więcej.

“Każdy wyjazd to nowe wyzwania, ale także nowe szanse!”

Czy ktoś z Was jeszcze waha się, czy pojechać na wolontariat?
Przeczytajcie opowieść Ani, która była na aż dwóch wolontariatach, we Francji i w Maroko! 

 

Skąd wziął się u Ciebie pomysł na wyjazd?
Postanowiłam wyjechać, ponieważ zrezygnowałam ze studiów i chciałam wykorzystać pół roku, które miałam przed pójściem na inne studia. Uważałam, że to duża ilość czasu, którą należy spożytkować.  A wolontariaty dają szanse na ciekawe prace bez specjalnego doświadczenia.

Jakie trudności napotkałaś przed wyjazdem?
Tak naprawdę nie miałam dużych trudności przed wyjazdem. Oczywiście trzeba było przejść przez całą procedurę, która jest dosyć mozolna, czasem trzeba było czekać na odpowiedź lub nie mogłam dostać szczegółów od organizatorów, ale to nie były duże problemy.

Jak zareagowali Twoi znajomi i rodzina na wieść o tym, że wyjeżdżasz?
Moi rodzice cieszyli się, że wyszłam z własną inicjatywą i organizuję sobie aktywnie czas.

Dlaczego Twoim zdaniem młodzi ludzie powinni uczestniczyć w wymianach?
Każdy wyjazd to nowe wyzwania, ale także nowe szanse. Można „poistnieć” w innej rzeczywistości, zadać sobie ważne pytania, dojść do innych wniosków. Można popatrzeć przez chwilę z innej perspektywy i pooddychać innym powietrzem. Nie wspominając o takich oczywistościach jak ćwiczenie obcych języków, poznanie innych kultur, nowe znajomości itd. To są „profity” dla nas, jednak wyjazdy to przede wszystkim wolontariat. Należy najpierw myśleć o celu, dla którego jedziemy, a później o nas samych.

Dlaczego młodzi ludzie boją się wyjeżdżać na wymianę?
Szczerze mówiąc nie wiem. Ja nie mam bariery przed wyjazdem. Możliwe, że ludzie boją się bariery językowej lub kulturowej, tego, że będą sami lub nie podołają wyzwaniom.

Jak ludzie wyobrażają sobie pracę wolontariusza zagranicą?
Oczekiwania są różne, zależy gdzie się jedzie i po co. Na pewno nie da się niczego przewidzieć. Przed wyjazdem można tylko gdybać. To tak jak myślenie o tym, jak będzie w nowej szkole -dopóki do niej nie pójdziesz, to nigdy się nie przekonasz.

Jak ta praca wygląda naprawdę?
Wolontariat jest różny. Będąc we Francji, wszystko było w miarę dobrze zorganizowane, a w Maroku trzeba było dużo improwizować na bieżąco- taki koloryt kulturowy.

Jaką radę dałabyś osobie tuż przed wyjazdem?
Warto dużo poczytać przed wyjazdem- nie tylko przewodniki, ale także wiele stron stworzonych przez lokalne osoby, żeby przybliżyć sobie prawdziwy obraz tego miejsca. Jeśli jest się dobrze merytorycznie przygotowanym, to większość improwizacji dobrze wychodzi, nie przeoczymy ważnych rzeczy i skorzystamy w pełni z wyjazdu.


Chcesz wyjechać? Wejdź na Kr.aiesec.pl/GlobalVolunteer i dowiedz się więcej.

“Największą radość sprawiało mi to, kiedy widziałam, jaki wpływ miał mój wolontariat na innych!”

Monika zdecydowała się podzielić historią z wolontariatu w Indiach.

Przekonała się, jak realny wpływ mają jej działania i jak wiele może zmienić taki wyjazd. Dziś jest Wiceprzewodniczącą ds. Programu Wolontariatów Wychodzących AIESEC Kraków

 

Od kiedy dołączyłam do organizacji wiedziałam, że pewnego dnia ja również wyjadę na wolontariat. Nie byłam pewna, co chcę robić ani gdzie chciałabym pracować. Myślę, że największy wpływ miała na to moja ówczesna liderka, która była na wolontariacie i przy każdej okazji opowiadała nam, jak bardzo wpłynęło to na jej życie, czego się nauczyła. Brałam również udział w wydarzeniach takich jak After Global, gdzie swoje historie opowiadały osoby, które wróciły z wymiany. Było to niesamowite doświadczenie, które tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że pewnego dnia to ja będę dzielić się moim doświadczeniem z wolontariatu.

 

Sama decyzja o wyjeździe była dość przemyślana, jednak organizowanie całego wyjazdu, czyli aplikacja na ofertę, przygotowania, kupno biletów, szczepienia itp. to zdecydowanie spontaniczne działania. Na wymianę wyjechałam w lipcu, a decyzję o tym, gdzie pojadę podjęłam dopiero na początku czerwca. Wszystkie formalności załatwiałam bardzo szybko, bałam się nawet, że może mi nie wystarczyć czasu.

 

Ludzie wokół mnie bardzo wspierali mnie w mojej decyzji. Pomagali mi w planowaniu wyjazdu albo brali na siebie część moich obowiązków, żebym tylko zdążyła załatwić wszystko czego potrzebuję przed wyjazdem. Widziałam, że cieszyli się oni co najmniej tak bardzo jak ja!

Przed wyjazdem byłam bardzo spokojna, co wydawało mi się dość dziwne, ponieważ leciałam daleko, sama, a dodatku do obcego miejsca. Ufałam ludziom, którzy mieli się mną zająć, miałam z nimi dobry kontakt, dlatego też nie musiałam się niczym denerwować. Pamiętam, że byłam ogromnie podekscytowana, bo w końcu moje marzenie o wolontariacie jest tak bardzo realne. Co więcej, wiedziałam, że w Mumbaju spotkam się z moim kolegą, który rok wcześniej był na wymianie z AIESEC w Krakowie. Pamiętam, że odliczałam dni do wyjazdu, a walizkę miałam spakowaną już kilka dni przed wylotem, co nie jest dla mnie naturalne, bo zawsze odkładam to na ostatnią chwilę.

 

W Indiach bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie ludzie. W każdej sytuacji bardzo chętnie mi pomagali. Wiedzieli, że nie znam wszystkich zwyczajów tam panujących oraz że żyję w innym środowisku i innej kulturze, dlatego opiekowali się mną na każdym kroku. Dzięki AIESEC poznałam wielu fantastycznych ludzi, z którymi mam kontakt do tej pory i wiem, że jeśli chciałabym tam wrócić to zawsze ktoś będzie na mnie czekał.

 

Codziennym wyzwaniem dla mnie było życie pośród takiej ogromnej liczby ludzi. Przeludnienie tego kraju, a zwłaszcza miast, jest widoczne na każdym kroku. Podróż do pracy wiązała się z koniecznością przemieszczania się pociągiem, który był zatłoczony o każdej porze dnia. Trudno było mi też obojętnie patrzeć na tysiące osób, rodzin z małymi dziećmi, które mieszkały na ulicy, a ich dom to tylko kilka kartonów przykrytych folią.

 

Podczas wolontariatu pracowałam w publicznej szkole, gdzie uczyłam dzieci matematyki. Prowadziłam dla nich zajęcia wyrównawcze, aby poziom całej klasy był jednakowy. Potem, przygotowywałam testy kompetencji dla uczniów, które sprawdzały ich poziom wiedzy po każdej ukończonej klasie.  

Największą radość sprawiało mi to, kiedy widziałam, jaki wpływ miał mój wolontariat na innych. Część ludzi, których poznałam dzięki mnie wyjechała na wolontariat, inni dołączyli do AIESEC albo tak jak ja, otworzyli się na innych. Miło jest słyszeć słowo “dziękuję” za to, że po prostu z nimi rozmawiałam, odpowiedziałam im moją historię, spędzałam czas.

 

Przełamałam też wiele barier. Pierwszą, z którą musiałam się zmierzyć była walka z moją nieśmiałością. Przed wolontariatem miałam problem z otwieraniem się na ludzi, których nie znam, wstydziłam się z nimi rozmawiać, byłam dość zamknięta. Ponadto przełamałam też swój opór przed mówieniem w innym języku. Porozumiewanie się po angielsku nie sprawiało mi dużych trudności, jednak nie lubiłam rozmawiać z kimś w tym języku. Na wolontariacie musiałam “zmusić się” do komunikacji w języku angielskim, gdyż był to jedyny sposób dogadania się z innym ludźmi.


Wolontariat nauczył mnie umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, kiedy jesteśmy zdani tylko na siebie. Otworzyłam się na innych ludzi, zwłaszcza tych nowo poznanych. Uświadomiłam sobie jak pięknym i atrakcyjnym krajem jest Polska, że żyje nam się tutaj naprawdę dobrze. Nauczyłam się również większej elastyczności i dopasowywania do nieprzewidzianych sytuacji. Po wyjeździe zauważyłam jak bardzo zmienił się mój charakter- stałam się silniejsza, wiem czego chcę i nie mam już dla mnie rzeczy niemożliwych.

 

Nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na wymianie. Podczas wolontariatu czułam się naprawdę potrzebna, poznałam wielu wspaniałych ludzi oraz pracowałam nad sobą. Z pewnością były to najlepsze wakacje w moim życiu. Już teraz wiem, że na jednym wolontariacie się nie skończy…


Zainteresowała Cię historia Moniki?

Już teraz wejdź na Kr.aiesec.pl/GlobalVolunteer i dowiedz się więcej.

“Wyjazd był niezwykłą lekcją życia!”

Gdzie wyjechać na wolontariat? Brazylia? Meksyk? Indie? A może Chiny?

Dziś macie szansę przeczytać kilka słów od Eli, która spośród wielu ofert wolontariatów wybrała ten, odbywający się w Chinach.

 

Tego, co się wydarzyło w Chinach podczas mojej przygody z AIESEC i wolontariatem nie da się chyba opisać w kilku czy kilkunastu słowach. Był to niezwykły czas pełen wielkich przeżyć, emocji i lekcji życia. Czas, który wiele zmienił w moim życiu oraz okres, do którego zawsze będę wracać z wielkim uśmiechem na twarzy.

 

Może zacznę od tego jak to się w ogóle stało,że pojechałam na drugi koniec świata na wolontariat. Była to trochę spontaniczna decyzja. Przeglądając sobie pewnego razu Facebook’a, pokazał mi się post z AIESEC, zachęcający do aplikowania. Weszłam na stronę, trochę poczytałam i bardzo mi się spodobało. Spotkałam się jeszcze z osobą z Oddziału Lokalnego Kraków, która wytłumaczyła mi jak to wszystko działa.

 

Propozycje wolontariatów były tak egzotyczne. Brazylia, Meksyk, Indie, Chiny, Australia, że nie myślałam, że mi się uda. Aplikowałam na kilka projektów, myśląc, “pewnie i tak nikt do mnie nie napisze”. Jednak byłam w wielkim błędzie. Prawie wszyscy odpisali. Umówiłam się na dwie rozmowy. I ku mojemu zaskoczeniu, na oba projekty zostałam zaakceptowana.

 

Wszystko działo się bardzo szybko, właściwie w tydzień. Chyba nie do końca byłam wtedy świadoma co tak naprawdę się stało. Co więcej moja mama mnie bardzo wspierała i to dzięki niej ostatecznie postanowiłam jechać. Dziękuję Ci, mamusiu.

 

Wybrałam Chiny. Chyba dlatego,że bardzo mnie ciekawiło to, jak wygląda kraj “Made in China”, który tak dobrze wszyscy znamy. Reakcje moich znajomych były bardzo różne, niektóre nawet śmieszne, ale osoby, które znają mnie od kilku lat wiedziały, że lubię wyzwania. Tylko, że tym razem to było bardzo duże wyzwanie. Przede wszystkim dlatego, że Chiny są daleko, a ja nie znam chińskiego, dodatkowo była to moja pierwsza samotna podróż.

 

Muszę przyznać,że po prostu się zakochałam się w Chinach. Nie mogło być inaczej. To cudowny kraj, z niesamowitą kulturą, tradycją i historią. Sprawiało mi to wiele radości, odkrywanie tych wszystkich różnic jak i podobieństw kulturowych. Teraz jak spoglądam na ten czas to widzę, że bardzo dużo rzeczy robiłam po raz pierwszy np. po raz pierwszy jadłam tam robaki, które były ulubionym daniem mojej siostry goszczącej.

 

Moim zadaniem na wolontariacie było prowadzenie warsztatów kulturowo-językowych, zarówno dla dzieci jak i młodzieży czy studentów. Wraz z innymi wolontariuszami z całego świata, pracowaliśmy na summer campach, w szkołach i na uniwersytecie. Mieliśmy więc dokładny przegląd jak wygląda system edukacyjny w Chinach.

 

Najbardziej tęsknię za przepysznym jedzeniem, przez które z Chin wróciło mnie 5kg więcej; za jedzeniem ze “wspólnego talerza”; za przesympatyczni ludźmi, tańczącymi na ulicach; za tym, że ludzie na ulicy cały czas chcą robić sobie ze mną zdjęcia; za KTV- czyli czymś w rodzaju karaoke. Jeśli chodzi o to, co najbardziej mnie zaskoczyło, to chyba ogromna ilość ludzi oraz publiczne toalety.

 

Wyjazd był niezwykłą lekcją życia. Nauczył mnie odpowiedzialności i otwartości oraz wzbogacił mnie o zrozumienie różnic kulturowych, jak i międzyludzkich. Oczywiście opanowałam też do perfekcji technikę jedzenia pałeczkami. Miałam okazję podróżować, zwiedziłam Pekin i Shanghai, a także poznałam świetnych ludzi, z którymi nadal utrzymuję kontakt. Udało mi się  przezwyciężyć wiele mniejszych lub większych trudności, wyjść z własnej strefy komfortu i zrobić coś naprawdę bardzo wielkiego w moim życiu. Dało mi to ogromną satysfakcję, poczucie własnej wartości oraz niesamowitą dawkę motywacji oraz poczucia, że tak naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych, są jedynie takie, które jest trudniej osiągnąć. O życie trzeba po prostu zawalczyć, bo tylko wtedy będzie ono miało smak i sens. Parafrazując słynny cytat, nie pytaj co życie może Ci dać, lecz spytaj, co Ty możesz zrobić by mieć super życie i być szczęśliwym.


Decyzja w wolontariacie była jedną z najlepszych jakie podjęłam i dlatego już teraz zastanawiam się gdzie pojadę w te wakacje. Jest tyle możliwości, więc nie mogę z nich nie skorzystać. Jedyny mój problem jest taki, że nie wiem, na który kraj się zdecydować.


Chcesz wyjechać? Wejdź na Kr.aiesec.pl/GlobalVolunteer i dowiedz się więcej.

“Przyjęcie pod swój dach obcokrajowca jest niepowtarzalną okazją!”

Dziś przedstawiamy Wam kolejną historię dotyczącą Global Host, tym razem z perspektywy osoby goszczonej. Zapraszamy do zapoznania się z rozmowy z Danielą Ogończyk-Mąkowską.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z Global Host?

Przypadkiem. Okazało się, że w apartamencie dla wolontariuszy, gdzie miałam mieszkać, zabrakło dla mnie miejsca w czasie pierwszego tygodnia mojego wolontariatu. Nie miałam się gdzie podziać, więc Fedra zaoferowała, że przyjmie mnie na ten czas pod swój dach. Sama niewiele się zastanawiałam się nad tym, czy przyjąć propozycję, czy poszukać czegoś na własną rękę – nadarzyła się niepowtarzalna okazja, żeby spędzić trochę czasu u rodowitej Węgierki, a przecież to (między innymi) chciałam osiągnąć dzięki mojej wymianie- poznać Węgrów od podszewki.

Czy Twoim zdaniem trudno jest podjąć wyzwanie hostowania obcokrajowca?

Nie wiem jak wyglądało to od drugiej strony. Czy Fedra się wahała, czy miała wątpliwości…nie wiem. Była koordynatorką projektu, w którym brała udział i pewnie zorganizowanie mi zakwaterowania było jedną z rzeczy, za które była odpowiedzialna. Nie zmienia to jednak faktu, że przyjmowanie w gościnę nieznajomego człowieka z zupełnie innego kraju musi wiązać się z pewnymi obawami. Jeśli Fedra jakiekolwiek miała- nie dała tego po sobie nigdy poznać. Darzyła mnie bardzo dużym zaufaniem i dokładała wszelkich starań, żebym czuła się u niej jak w domu. Dostałam własny komplet kluczy, dostęp do lodówki i wszystkich niezbędnych elementów wyposażenia. Ona sama spędzała całe dnie w pracy i widziałyśmy się jedynie wieczorem, kiedy obydwie wracałyśmy do mieszkania- ona po ciężkim dniu w firmie, ja- po całodziennym pobycie w ośrodku dla niepełnosprawnych.

Jeśli chodzi o wymianę kulturową- polegała ona głównie na rozmowach. Każdego po powrocie opowiadałam jej o rzeczach, które są dla mnie nowe w Budapeszcie, w porównaniu z moim krajem. Opowiadałam jej, jak rzeczy wyglądają w Polsce, częstowałam przywiezionymi z ojczyzny pierogami i oscypkiem; Ona- polecała mi dania, których powinnam spróbować na Węgrzech.

Osobiście- uwielbiam poznawać nowych ludzi. Często się mówi, że najlepszym sposobem, żeby to zrobić jest zamieszkać z nową osobą. Widzimy ją wtedy w codziennych, prozaicznych sytuacjach; możemy wnioskować, jak zachowuje się, kiedy nie krępują jej sztywne zasady etykiety, normy obyczajowe etc. Z perspektywy czasu bardzo doceniłam tę możliwość poznania człowieka i cieszę się, że mogłam spędzić z Fedrą nieco czasu w ten sposób. Gdybyśmy miały więcej okazji, żeby ze sobą poprzebywać (pomimo faktu, że mieszkałyśmy razem- nie było tych okazji tak wiele), na pewno zostałybyśmy dobrymi przyjaciółkami.

Jakie według Ciebie są minusy wynikające z przyjmowania pod swój dach kogoś zupełnie obcego, z innego kraju?

Przechodząc do mniej przyjemnych aspektów goszczenia obcokrajowców: dla Fedry była to pewnie duża doza nieprzewidywalności. Pomijając fakt, że osoba, którą gościła, była innej narodowości i pojawiała się tu kwestia różnic kulturowych, mogła mieć też (jak każdy człowiek) nietypowe dla niej zwyczaje, nawyki, drobne dziwactwa. Wymienione problemy pojawiają się jednak w każdym przypadku gdy gościmy u siebie nieznajomą osobę, nie sądzę więc, by było warto je bardziej roztrząsać w tym kontekście- jako gospodarz trzeba być po prostu przygotowanym na niespodzianki.  Jako gość należy być także przygotowanym na drobne niewygody. Mniej wolnego miejsca w lodówce, mniej przestrzeni dla własnej osoby…ale to wszystko sprawy, z którymi borykać musi się każda osoba, mieszkająca ze współlokatorem.

Co można sprawić by zminimalizować takie nieprzyjemności?

Bardzo starałam się być jak najmniej problematycznym i absorbującym gościem. Gdy widziałam, że moja gospodyni jest zmęczona- nie dręczyłam jej rozmowami; pomagałam jej w drobnych obowiązkach domowych i oferowałam swoją pomoc w innych aspektach. Wiem, że Fedra to bardzo doceniała. Jeśli gospodarz trafi na uczynnego gościa- udzielanie gościny może się dla niego okazać dużą ulgą w natłoku codziennych obowiązków. Niestety, na podstawie moich dotychczasowych obserwacji, mogę łatwo stwierdzić, że takie “perełki” zdarzają się rzadko. Znacznie częściej można natrafić na gości leniwych, bałaganiących, lubiących hałasować i wracać późno w nocy- oto drugie oblicze goszczenia nieznajomych, z którymi trzeba się liczyć.

Jak byś zreasumowała swoją przygodę z Global Host?

Podsumowując: przyjęcie pod swój dach obcokrajowca lub mieszkanie u gospodarza innej narodowości jest niepowtarzalną okazją do poznania mniej lub bardziej subtelnych różnic w trybie życia różnych ludzi. Nic nie stwarza tak dobrej okazji do nawiązania dłuższej znajomości, niż spędzanie ze sobą czasu na co dzień. Dzielenie wspólnej przestrzeni nastręcza mnóstwa okazji na długie, fascynujące rozmowy i dzielenie się wiedzą o kulturze swoich krajów, czyniąc naszą codzienną rutynę bardziej kolorową. Poznanie człowieka w ten sposób, obdarzenie się wzajemnym zaufaniem (bo obie strony muszą się nim darzyć w dużym stopniu) i obustronne postawienie się w niepewnej sytuacji sprawia, że tak zadzierzgnięte więzy przyjaźni wytrzymują długą próbę czasu. Moje doświadczenie z mieszkaniem u Fedry przekonało mnie, że warto podjąć takie “ryzyko”, gdyż gra zdecydowanie jest warta świeczki.


A czy Ty otworzysz swoje drzwi na świat?

Wypełnij aplikację na: kr.aiesec.pl/GlobalHost, spotkaj się z członkiem AIESEC i zdecyduj czy chcesz wziąć udział w programie!