Węgierska przygoda

Magda Biedrawa, grafa

“Co ja najlepszego wyprawiam”- to pierwsze co pomyślałam, wysiadając na dworcu Keleti w Budapeszcie. Miasto zdawało się pulsować jak serce w rytm przejeżdżającego metra. I ten węgierski język… Kilka dni spędzonych w pięknym Budapeszcie dodało mi odwagi. Nie wiem czy znalazłam ją na placu bohaterów, czy gdzieś na jednym z potężnych mostów nad Dunajem. Naładowana energią i nieustannie podgrzewana węgierskim słońcem, wsiadłam w pociąg w kierunku północno-zachodnim, na spotkanie z przygodą. “Tatabanya” – zobaczyłam tabliczkę informującą o stacji, na której zatrzymał się pociąg. “No i jestem”- pomyślałam, czując podekscytowanie zmieszane z niepewnością. Jak tylko wysiadłam usłyszałam, że ktoś radośnie mnie woła, to była dyrektorka szkoły Eniko. Kobieta ciepło mnie przyjęła i odstawiła do mojego nowego domu. A był to niewielki, dwupiętrowy domek położony dosłownie dwa kroki od szkoły, w której miałam pracować. Moją host family okazała się babcia Illi. Illi okazała się niezwykle nowoczesną babcią, z wifi i kontem na facebooku. Niestety mówiła tylko po węgiersku. I w tym właśnie miejscu zaczyna się prawdziwe międzykulturowe doświadczenie. Do dzisiaj nie wiem jak, ale rozumiałyśmy się z babcią niemal idealnie. Język gestów, obrazków, symboli opanowałyśmy do perfekcji. To przy niej nauczyłam się wielu węgierskich zwrotów, ale nie to jest najważniejsze. Przede wszystkim Illi nauczyła mnie, że nie istnieją bariery, które mogłyby powstrzymać ludzi od poznania i polubienia się. Bo ani różnica wieku, ani językowa przepaść, nie przeszkodziły nam w tym, aby śmiać się i spędzać wspólnie czas. Nadszedł czas na pójście do szkoły i rozpoczęcie pracy. Nigdy chyba nie zapomnę swej pierwszej lekcji języka angielskiego. Nogi trzęsły mi się jak galaretka, a wlepione we mnie 20 par ciekawskich oczu powodowały dreszcze na plecach. Ale z lekcji na lekcję, z godziny na godzinę stres gdzieś znikał. Ustąpił miejsca radości i energii, którą odkryłam w sobie podczas pracy z dziećmi. Szkoła, do której przyjechałam to maleńka podstawówka na obrzeżach miasta. Było tam jedynie 8 klas, w każdym roczniku po jednej. Szkoła należała również do programu, w którym oferuje się zajęcia dodatkowe z języka słowackiego. Mogłam więc pomóc również w tych lekcjach. Doświadczenie jakie zdobyłam podczas pracy z dziećmi nie da się porównać z żadnym dotychczasowym. Stojąc pod interaktywną tablicą uświadomiłam sobie wiele rzeczy. Począwszy od tego, że praca nauczyciela to ogromne wyzwanie, a skończywszy na tym, że przez gry i zabawy też można wiele nauczyć. Ogromną satysfakcję sprawiało mi, gdy widziałam, że dzieci są zainteresowane tym, co dla nich przygotowałam. Nauczyłam się również wiele o sobie. Poznałam swoje mocne jak i słabsze strony. Dziś, już tydzień po powrocie z Węgier, mogę powiedzieć sobie “dziękuję”. Dziękuję, sobie samej, że znalazłam odwagę i siłę by zdecydować się na wyjazd za granicę. Wdzięczność z resztą czuję do wszystkich, którzy byli zaangażowani w mój wyjazd, bo przyznam, że ani przez chwilkę nie poczułam się samotna czy zagubiona. Świat, nagle stał się mniejszy i bardziej przyjazny, a Węgry, które zawsze uważałam, za niezbyt ciekawe, nagle stały się pod wieloma względami interesujące (Oj tak, Węgry są paprykowe- nawet rosół podany był z papryką). Muszę przyznać, że takie przygody są dnia mnie uzależniające…. gdzieś z tyłu głowy czuję, że rośnie w siłę myśl o kolejnym wyjeździe.