Global Citizen w Chinach

Zuzanna Kaciupska, studentka prawa na Uniwersytecie Łódzkim.

Niecały rok temu założyłam się z moją przyjaciółką, że w ciągu 7 lat odwiedzimy razem każdy kontynent. Nie były to żadne obietnice bez pokrycia – parę miesięcy później postanowiłyśmy działać i zaczęłyśmy planować naszą pierwszą daleką podróż. Tak się złożyło, że obie pomyślałyśmy o wolontariacie, który oprócz odwiedzenia dalekiego miejsca, byłby okazją do poznania nowych ludzi i zrobienia w swoim życiu czegoś naprawdę fajnego! Tak znalazłyśmy AIESEC i 3 miesiące później byłyśmy w drodze do Chin, gdzie miałyśmy spędzić 7 tygodni.

Xian, w którym mieszkałyśmy, to kolebka chińskiej kultury, słynące z terakotowej armii zaskakuje kulturową różnorodnością, a obok chińczyków spotkamy tam także muzułmanów. Mimo że miasto jest ogromne, a chińska rzeczywistość dla przeciętnego europejczyka totalnie inna, naprawdę czułam się tam jak w domu. Po pierwszym szoku kulturowym przyszedł czas fascynacji Chinami i ich różnymi „dziwactwami”. Zaczynając od niebezpiecznych ulic, po których bałyśmy się chodzić, a kończąc na wymyślnych potrawach, które do dziś pozostały dla nas niezidentyfikowane – Chiny zaskakiwały mnie na każdym kroku. Mieszkałam u dwóch chińskich rodzin, więc z bliska mogłam zobaczyć jak wygląda życie w tym wielkim kraju. Czas spędzałam głównie z wolontariuszami z innych krajów, którzy okazali się dobrymi kompanami do podróży. Razem udało nam się pojechać do Szanghaju, wejść na jedną z ważniejszych gór chińskich Hua Shan, by zobaczyć tam wschód słońca czy odwiedzić jedną z piękniejszych chińskich prowincji Yunnan. Na pewno do końca życia zapamiętam 50-godzinną podróż pociągiem pełnego ludzi, którzy byli po prostu wszędzie z południa kraju do Pekinu. Wtedy, gdy wsiadałam do pociągu – byłam załamana, teraz to jedno z śmieszniejszych chińskich wspomnień.

Jednym z momentów wyjazdu, który będę wspominać najlepiej, to nasz wyjazd na summer camp. Wszyscy wolontariusze – zarówno obcokrajowcy, jak i osoby z chińskiego Oddziału AIESEC pojechali na tydzień uczyć dzieci w małej szkole językowej. Mieszkaliśmy w miejscowości, w której ludzie nierzadko widzieli obcokrajowców na żywo po raz pierwszy w życiu, dlatego codziennie czuliśmy się jak gwiazdy pozując do niezliczonych zdjęć. Organizowaliśmy dla dzieci przeróżne zabawy, prowadziliśmy lekcję języka angielskiego czy przygotowywaliśmy przedstawienia. Popołudniami mieliśmy zajęcia tylko dla wolontariuszy, podczas których rozmawialiśmy o swoich marzeniach, życiowych planach i dyskutowaliśmy na niezliczone tematy.

Jestem pewna, że spędziłam w Chinach jedne z najlepszych dni mojego życia to ludzie, których tam poznałam. Wszyscy okazali się świetnymi przyjaciółmi, a do tego ciekawymi ludźmi od których wiele się nauczyłam. Na początku trudno było przyzwyczaić się do kulturowych różnic np. tego, że Arabowie zawsze spóźniali się minimum 3 godziny, a akcent Hindusów sprawiał, że czasem nie miałam pojęcia o czym do mnie mówią. Mimo wszystko niesamowicie się ze sobą zżyliśmy i już planujemy gdzie spotkamy się za rok. Oprócz tego wyjazd dał mi pewność siebie, z którą trochę mam problemy. Zobaczyłam, że wszystkie plany są do zrealizowania, i mimo iż bywam osobą dość chaotyczną, poradziłam sobie w najludniejszym państwie świata! No i oczywiście mam nadzieję, że wyjazd przyczyni się do życiowych zmian – wróciłam naładowana pozytywną energią i już szukam nowych zajęć do czego mnie zainspirował.

AIESEC poleciłabym każdemu, mimo iż Oddział zapraszający z Xian nie był idealny, a Chińczycy nie okazali się dobrymi organizatorami. Mimo wszystko uważam możliwość wyjechania na drugi koniec świata, by poznać wielu ludzi z przeróżnych krajów i razem odkrywać kulturę danego kraju.

Teraz po powrocie do Polski muszę wrócić do trochę nudniejszej rzeczywistości i zmierzyć się z wrześniowym egzaminem. Potem szukam nowego zajęcia, pracy i robię życiowe zmiany, do których natchnął mnie wyjazd. W między czasie już zaczynam planować podróż do Indii do jednego z przyjaciół, którego poznałam w Chinach.