Brazylia, Meksyk…

Chęć odkrywania świata i odrobina odwagi – tyle wystarczy, aby przeżyć niesamowitą przygodę. Przedstawiamy historię Kasi Bartosiak, która na wolontariat z Global Citizen zdecydowała się dwukrotnie.

Na początek…Brazylia!

Mieszkanie z obcą rodziną, podróż w odległy zakątek świata – to brzmiało jak prawdziwe wyzwanie i skutkowało pewnymi obawami. Wspominając swój wyjazd, Kasia szybko zapewnia mnie, że nie były one słuszne, choć z perspektywy czasu trudno jej uwierzyć, że z wszystkim sobie poradziła. Do przezwyciężenia miała nie tylko rozłąkę z najbliższymi, ale również barierę językową, czy też nieistniejące rozkłady autobusów – konieczne było opracowywanie całej „strategii” dotarcia do swojego celu. Podróżowanie to jednak nie tylko trudności do zwalczenia, ale przede wszystkim przyjemności – gorący, brazylijski klimat oraz piękne wybrzeże stały się codziennością. Kluczowym elementem każdego wolontariatu jest wywieranie wpływu na lokalne środowisko. Kasia prowadziła konwersacje z zakresu problemów globalnych w szkole językowej z dziećmi i dorosłymi. Pomagała innym jednocześnie zdobywając cenne doświadczenie.

903060_10201193877995657_610429549_o

Co dalej?

Po powrocie z Brazylii Kasia zapragnęła wrócić do Ameryki Łacińskiej – tym razem wybrała Meksyk. Jej zadaniem było prowadzenie zajęć z dziećmi z potrzebujących rodzin, do których w ciągu sześciu tygodni zdążyła bardzo się przywiązać. Bliską relację udało jej się zbudować również z meksykańską rodziną, u której zamieszkiwała. „Meksykańska mama” z myślą o gościu z drugiego końca świata przygotowywała nawet mniej ostrą wersję sosu – to po kilku tygodniach nie było już konieczne, przecież do wszystkiego da się przyzwyczaić! Kasia pokochała Meksyk dzięki ludziom, którzy są tam wyjątkowo życzliwi, rodzinni oraz przywiązani do tradycji. Po zakończeniu projektu przyszedł czas na jeszcze lepsze poznanie Meksyku – wizyta na Jukatanie, zwiedzanie Chiapas oraz Mexico City. Czy było niebezpiecznie? Kasia zapewnia, że to jedynie stereotyp, a Meksykanów nazywa najbardziej pomocnymi ludźmi na świecie.

10454499_10204490303644238_8729292403329264517_o

Z jakim bagażem wraca się z takich podróży?

Przede wszystkim z pewnością siebie – zapewnia Kasia – dałam radę w Meksyku, dam radę wszędzie! Nauczyła się również samodyscypliny i lepszej organizacji. Po pracy z meksykańskimi dziećmi zmieniła swoje podejście do życia – zaczęła bardziej je doceniać. Jednak dzięki programowi Global Citizen można zyskać o wiele więcej. Daje on możliwość poznania kultury „od poszewki”, bycia kimś więcej niż tylko turystą. Można odczuć, że jest się obywatelem świata, jednocześnie pomagając jakiejś jego części. Kasia nadal pozostaje w kontakcie z obiema rodzinami, które ją gościły – otrzymała zaproszenie na ślub „brazylijskiej siostry”, święta Bożego Narodzenia spędziła z meksykańską rodziną.

Więcej informacji o Global Citizen znajdziesz na stronie: pwr.aiesec.pl/GlobalCitizen

10 rzeczy, które musisz zobaczyć osobiście. Część 1

Mówią, że świat jest mały. Że żyjemy w globalnej wiosce, gdzie nic już nie może nas zaskoczyć. Że wszystko, co tylko istnieje, jest na wyciągnięcie ręki. Albo kliknięcie myszki, w końcu mamy Internet. I mówiąc tak, w jakimś stopniu mają rację. Ale wielu ludziom umyka często jeden istotny szczegół – „zobaczyć” to nie to samo, co „zobaczyć na własne oczy”.

Istnieje na świecie wiele miejsc, rzeczy i sytuacji, których nie będziemy w stanie docenić w stu procentach, jeżeli nie zobaczymy, poznamy i doświadczymy ich osobiście. Dlatego właśnie postanowiliśmy stworzyć wspólnie z Wami listę 10 miejsc i rzeczy, które trzeba zobaczyć na własne oczy. Dzisiaj proponujemy jej pierwszy punkt – indyjskie autoriksze. Czekamy na Wasze typy z uzasadnieniem w komentarzach na Facebooku – stwórzmy listę, która może zainspiruje kogoś do zrobienia pierwszego kroku ku odkrywaniu świata. Bo jeżeli poznawać świat, to tylko osobiście!

Indyjskie autoriksze

Jedyny w swoim rodzaju, klimatyczny środek lokomocji, przypominający motocykl na trzech kółkach. To świetny sposób na poznanie indyjskich miast „od kuchni”. Dzięki temu niewielkiemu pojazdowi zwiedzanie miejsc takich jak Nowe Delhi może nabrać zupełnie innego wymiaru – a kierowcy takich „taksówek” to prawdziwa skarbnica informacji na temat swoich miast.

  1. Autoriksze w Indiach
  2. ?
  3. ?
  4. ?
  5. ?
  6. ?
  7. ?
  8. ?
  9. ?
  10. ?

Magda Tuszyńska

Magda – koordynatorka dwóch edycja Dni kariery, opowiada o swoim doświadczeniu.

Czego nauczyłaś się podczas projektu?

Dni Kariery to jedno z najbardziej wartościowych wydarzeń w moim życiu. Jestem przekonana, że podczas 10 miesięcy tworzenia tego projektu nauczyłam się więcej niż podczas 3 lat licencjatu na SGH. Zarządzanie 12 osobowym zespołem, współpraca z największymi korporacjami, czuwanie nad przebiegiem promocji i pilnowanie mnóstwa spraw związanych z logistyką – to trudne wyzwanie, wymaga perfekcyjnej organizacji czasu i mocnych nerwów by być w stanie nad wszystkim zapanować.

Dlaczego Dni Kariery są wyjątkowe?

Bo sukces tego projektu to zasługa setek osób – dziesiątki udostępnień wydarzenia, setki rozwieszonych plakatów, tysiące rozdanych ulotek oraz setka osób podczas dnia targowego biegająca w niebieskich koszulkach – ludzie, którzy ciężko pracują, by Dni Kariery targi, praktyk, pracy i staży odniosły sukces – dzięki temu, że są tworzone przez studentów dla studentów.

Powiedz coś ciekawego o sobie.

Hmmm… uwielbiam gotować 🙂

Praktyki same mnie znalazły

Zimni Finowie, gorące sauny i praca, która przyszła do niego… sama. Tomek Fenczyszyn to kolejna postać, która opowiedziała nam o swoim pobycie na zagranicznych płatnych praktykach pod szyldem Global Talents. Oto jego historia.

Kiedy i dlaczego postanowiłeś wyjechać na praktyki Global Talents?

– Wyjechałem po skończeniu inżynierki na kierunku automatyka i robotyka w Gdańsku. Postanowiłem, że wyjadę, bo trochę znudziły mi się studia, chciałem zobaczyć, jak to wygląda w praktyce, poza tym nie byłem pewien czy dobrą ścieżkę wybrałem, czy na pewno powinienem się w tym kierunku rozwijać. Chciałem trochę popracować i potem zdecydować, gdzie będę uczyć się dalej.

Jak więc znalazłeś się we Wrocławiu?

– To jest cała historia! Okazało się, że firma, w której pracowałem w Finlandii, planuje „ekspansję na Polskę”. Z założenia szukali praktykanta z naszego kraju, po to, żeby potem zatrudnić go tutaj w polskim biurze. Kiedy zaczynałem, w kwietniu zeszłego roku, były w nim tylko cztery osoby, jak przyjechałem w październiku po praktykach zespół liczył już jedenaście i na stałe zaproponowano mi współpracę.

Gdzie mieszkałeś w Finlandii?

– Miasto nazywało się Jyväskylä, 300 km na północ od Helsinek. Nie za duże, liczące około 100 tysięcy mieszkańców, głównie studentów. Ja byłem tam 4 miesiące, akurat w lecie, więc było trochę opustoszałe.

Czym kierowałeś się w wyborze praktyk?

– Wybór Finlandii to był przypadek. Miałem kilka pól, w których chciałem się sprawdzić. Albo w automatyce – związanej ze studiami, albo w informatyce, bo myślałem o przekwalifikowaniu się, dlatego, że rynek w tej dziedzinie jest dużo szerszy. Brałem też pod uwagę opcję nauczania języka angielskiego. Cokolwiek by się nie trafiło w tych kategoriach, to byłbym chętny. Dlatego bardziej patrzyłem na warunki, jakie proponują. Akurat w moim wypadku było tak, że praktyki znalazły mnie – to Finowie potrzebowali kogoś o tym profilu z Polski i odezwali się do mnie przedstawiciele AIESEC z Jyväskyli i zaproponowali, żebym przyjechał. Przeszedłem proces rekrutacji i udało się. Wcześniej nie podróżowałem i chciałem ruszyć gdzieś w Europę, gdziekolwiek. To był mój pierwszy wyjazd.

Finland 2014 082

Czy miałeś jakieś obawy?

– Wcześniej mieszkałem z rodzicami, więc to było takie „wyrwanie się” z domu, „na swoje”. Wszystko musiałem sam ogarniać. W końcu życie na własną rękę – trzeba było ugotować sobie obiad, zrobić wcześniej zakupy, bo w niedzielę wszystkie sklepy są zamknięte… Z drugiej strony o język się nie bałem, bo wiedziałem, że mój angielski jest całkiem dobry, a w Finlandii wszyscy go znają, więc nie będzie to problemem. Nie wiedziałem, czy zdołam kogoś poznać, bo Finowie są nieśmiali, ja też do mega śmiałych nie należałem. Nie byłem pewien, czy w razie problemów będę miał się do kogo zgłosić, dlatego wyjeżdżałem z Aiesec, bo wiedziałem jak ta organizacja działa i miałem ten komfort, że wiedziałem, że zawsze mam kogoś, kto przyjdzie mi z pomocą. Jednak żadnych sytuacji kryzysowych nie było. Ale pomogli mi, chociażby w znalezieniu mieszkania.

Na jakim stanowisku pracowałeś?

– Oficjalnie jako Junior Java Developer, ale okazało się, że pracowałem na trochę innej płaszczyźnie i zajmowałem się głównie rozwojem stron internetowych – Java EE, Java Script, HTML. Cały pierwszy miesiąc miałem szkolenia z obsługi specjalistycznego oprogramowania IBMu, których jako student nie miałbym okazji nigdzie przećwiczyć. Solidna nauka, a potem zadania.

Firma Descom, w której były moje praktyki, zajmuje się tworzeniem portali i sklepów internetowych, głównie dla dużych klientów. Jak byłem w Finlandii pracowałem dla SGroup, właściciela największej sieci hipermarketów, 150 tysięcy pracowników, robiliśmy im intranet – takiego powiedzmy wewnętrznego facebooka, narzędzie do komunikacji wewnętrznej.

Jak przyjęli cię koledzy z pracy? Jaka panowała tam atmosfera?

– Finowie to specyficzny naród, bardzo zamknięty w sobie. Informatycy to w ogóle raczej ciche osoby, nietowarzyskie, a jeszcze do tego fińscy informatycy to już skrajność! Na początku nie mogłem się przystosować, że Finowie nie podają sobie ręki na powitanie, robią to tylko, gdy kogoś poznają. Potem jest tylko „cześć-cześć” i na tym się kończy. Dla mnie było to niespotykane i szczerze mówiąc po tych 3-4 miesiącach zaczęło mi to doskwierać.

Nie była to supertowarzyska praca, raczej każdy siedział za swoim komputerem. Ale jeśli chodzi o menadżerów czy kadrową, która się mną zajmowała to jestem bardzo zadowolony. Wspierali mnie, mówili, żebym się nie przejmował, że czegoś nie umiem. Mieli świadomość, że jestem tylko praktykantem i mogę czegoś nie potrafić zrobić. Trochę inne podejście do pracy. Są takim narodem „żyj i daj żyć innym”, nie narzucają się, unikają kontaktu, ale mają duży szacunek dla pracy innych, i to widać. W całym społeczeństwie – ludzie np. nie denerwowali się, gdy przy dużej kolejce kasjerka w supermarkecie wychodziła do toalety, wszyscy spokojnie stali, nikt się nie denerwował. W mojej pracy też – „spokojnie, nic się nie śpiesz”.

Jak wyglądało tam twoje życie codzienne?

– Pracowałem na pełny etat, ale praca była zadaniowa. Godziny pracy były luźne, mogłem przyjść na 8 albo 11, nikt nie robił problemu. Ale jakieś ramy ogólne były, przeważnie od 9 do 17. Poza tym to było najcieplejsze lato w Finlandii od 50 lat, więc korzystałem z tego. Na terenie miasta były trzy jeziora. Trochę żyłem jak na wczasach. Po tygodniu pobytu kupiłem rower, robiłem wycieczki. Oczywiście nie zapominajmy o saunie fińskiej. To nie jest jakiś stereotyp, ludzie w małych łazienkach potrafią mieć saunę dla dwóch osób. Mieszkałem w miasteczku akademickim i tam rotacyjnie każdego dnia w innym akademiku była sauna otwarta. A to jest takie miejsce, gdzie Finowie są najbardziej rozmowni, gdzie najlepiej się dogadują. Więc jeśli poznać jakiś ludzi, to właśnie tam. Najwięcej przyjaźni zawiązałem z przedstawicielami fińskiego AIESEC, nadal utrzymuję z nimi kontakt.

Spędzałem też weekendy na południu Finlandii, byłem m.in. w Helsinkach, Lahti, Tampere. Niestety nie udało mi się dojechać do Laponii, bo kwestie transportu są dość skomplikowane – nie ma tam, czym dojechać. Ale byłem też w Parku Narodowym Torronsuo, jeśli chodzi o takie atrakcje naturalne.

A jakie zauważyłeś różnice między Polakami a Finami?

– Ich podejście – ciche i bardzo tolerancyjne – to jest największa różnica, a z czasem bardzo odczuwalna. Mają taką „profesjonalną grzeczność” w biznesie, stosunkach klient -sprzedawca. Są pomocni, otwarci, grzeczni. Nie ma pojęcia „niezręcznej ciszy”. Wkręciłem się w grono znajomych, którzy znali się dość długo i milczeli też dosyć długo, a nikomu to nie przeszkadzało. To taki standard – bardziej liczy się spędzanie z kimś czasu niż rozmowa. Ale to trzeba się przyzwyczaić.  A ten ich dystans widać nawet w infrastrukturze, gdzie domy są znacznie oddalone od siebie. Nawet w barach, stoliki są rozstawione w większej odległości niż u nas. Finowie są też bardzo wysportowani, sprawiają wrażenie bardzo zdrowych. I cieszą się jak dzieci każdą chwilą słońca, po tej ich długiej zimie. Dieta jest dość polska, ale jedzą więcej ryb. I czasem mają na obiad mięso renifera albo niedźwiedzia. Ogólnie było tam tak sielankowo i spokojnie.

Jakie korzyści daje wg ciebie wyjazd na praktyki Global Talents?

– Upewniłem się, że podjąłem odpowiednią ścieżkę studiów i jestem w stanie poradzić sobie w pracy nie tylko tutaj, ale i w zupełnie innym środowisku.  Zyskałem dużo pewności siebie, zobaczyłem, że gdzie mnie życie nie rzuci, będę w stanie sobie  poradzić. I to, że od razu dostałem propozycję dobrej pracy we wrocławskim oddziale, to zupełnie inna perspektywa. Teraz studiuję na innym kierunku, wyjazd sprawił, że skończę studia trochę później niż rówieśnicy, ale teraz zupełnie inaczej na to patrzę, bo wcześniej się tego obawiałem. Mam pracę, jak studia skończę teraz albo za rok – nie robi mi to różnicy. Poza tym poznałem fińskie podejście do studiowania, widać nacisk na bardziej wszechstronny rozwój. W firmie, w której pracowałem, magistrów można było zliczyć na placach jednej ręki. A pracowało tam 100 osób. Reszta to byli ludzie, którzy trafili na praktyki na pierwszym stopniu studiów, zostali i stwierdzili, że skoro mają pracę, nie jest im to już potrzebne. Odchodzi się od modelu „studia są najważniejsze”. Tam liczą się umiejętności. Studia są dobrze widziane, ale satysfakcja z pracy daje więcej.

Rozmawiała: Laura Piórek

Więcej o Global Talents: http://pwr.aiesec.pl/praktykazglobaltalents

Warsztaty językowe z nativami!

AIESEC Native School to 10-tygodniowy projekt skierowany do studentów i licealistów (ale nie tylko!) chcących szlifować swoje umiejętności językowe w multikulturowej, przyjemnej atmosferze. Jak sama nazwa wskazuje, lekcje prowadzone są przez native speakerów – w języku angielskim na zasadach konwersatorium.

11174859_572368626236530_6639099232393744843_n

Na naszych warsztatach nie ma miejsca na nudne przerabianie podręcznika strona po stronie. Nauczyciele z różnych stron świata dokładają wszelkich starań, by uczynić naukę niezwykłą przyjemnością. Urozmaicają studentom czas, wychodząc z nimi w ramach zajęć na spacer czy do kawiarni i sprawiają, że ci uczą się poprzez spędzanie razem czasu w przyjemny sposób – Native Tours.

Łatwo zatem wywnioskować, że w dość niskiej cenie zawiera się zarówno nauka języka, jak i eksploracja zupełnie obcej, fascynującej kultury. Nie może was także zabraknąć na Wieczorkach Kulturowych – gdzie przy kawie wasi nauczyciele będą opowiadać o swojej kulturze i o miejscach skąd pochodzą.

Stop z teorią! Czas na praktykę!

Zapisy: 13-30 kwietnia Warsztaty: 22 kwietnia – 30 czerwca Cena: Zajęcia grupowe – 340 zł za 8 tygodni (2x90min/tyg) Zajęcia indywidualne – 30 zł za godzinę lekcyjną!

Zapisz się na http://bit.ly/ZajeciaNative

Podróżowanie – inspiracja, mobilizacja, wyzwania!

„Wraz z poznawaniem środowiska i ludzi,  lepszą adaptacją do otoczenia, czas spędzony na wolontariacie zaczyna płynąć coraz szybciej. Od mojego przyjazdu minęły już prawie trzy tygodnie czyli, co zaskakujące dla mnie, powoli dobijam do połowy pobytu we Włoszech!

Piątkowe spotkanie z przedstawicielami firmy nakreśliło nam kierunki, w jakich powinniśmy podążać. Dowiedzieliśmy się więcej o produktach, wcześniejszych działaniach przedsiębiorstwa, poznaliśmy preferencje dotyczące rynków, na które chcą ekspandować. Całe spotkanie odbyło się w języku włoskim, co było dużym ułatwieniem zarówno dla aprzedstawicieli, jak i dla mojej grupy. W tym samym czasie ja starałam się wyłapać sens rozmowy, choć z moją nikłą znajomością włoskiego okazało się to sporym wyzwaniem. Na szczęście Ricardo, jeden z członków naszego zespołu, tłumaczył mi poruszane tematy, co pozwoliło mi również na zadawanie pytań. Na koniec oprowadzono nas po części firmy, gdzie produkowane są ubrania.

grupa 2

Jednym ze strategicznych planów przedsiębiorstwa okazało się otworzenie sklepu w Polsce, drugim rozpoczęcie sprzedaży w jednym z krajów Europy Zachodniej. W związku z faktem, iż w przypadku mojej firmy projekt realizują dwie grupy, podział obowiązków okazał się prosty, a moim zadaniem jest koordynowanie pracy obu zespołów. Współpraca z nimi, mimo moich początkowych obaw okazuje się bardzo przyjemna i przynosi coraz więcej satysfakcji. Z jednym z zespołów, pierwsze spotkanie w pełnym składzie udało się przeprowadzić dopiero po wizycie w siedzibie firmy. Wśród trzech chłopaków, dwoje z nich to Albańczycy, którzy przyjechali na studia do Włoch. Jak się okazuje młodzi ludzie z Albanii stanowią dość dużą grupę osób, decydujących się na podjęcie studiów w Anconie. Po spotkaniu miałam okazję poznać kilku z nich i zrozumiałam dlaczego tyle osób polecało mi podróż do Albanii. Ludzie są niezwykle otwarci, zabawni i bardzo towarzyscy. Wizyta w tym kraju znajduje się z pewnością na liście miejsc, które chciałabym zwiedzić w przyszłości.

SONY DSC

Podczas jednego popołudnia spędzonego na uczelni poprosiłam moich włoskich znajomych o polecenie miejsc w okolicy, które moglibyśmy zwiedzić w najbliższych dniach. Jednym z nich było Loreto, do którego postanowiliśmy się wybrać w poniedziałkowe popołudnie. Loreto to popularna destynacja wśród pielgrzymów, ze względu na znajdujące się w tym małym miasteczku sanktuarium. Po przyjeździe na miejsce w pobliżu murów otaczających kościół zauważyłam Polską flagę. Jak udało mi się wyczytać, podczas II wojny światowej sanktuarium zostało uratowane przed zniszczeniem właśnie przez polskich żołnierzy. Prawdopodobnie ze względu na dzień tygodnia, nie spotkaliśmy w Loreto wielu wycieczek, co pozwoliło nam swobodnie zwiedzić kościół i najbliższą okolicę.

SONY DSC

Ancona z pewnością nie jest miastem, które znajduje się na liście pierwszych dziesięciu, czy nawet dwudziestu miejsc, najczęściej odwiedzanych we Włoszech. Jednak w miarę upływu czasu, coraz bardziej polubiłam to miasto. I to nie tylko ze względu na ciekawe miejsca, których zdjęcia wcześniej widziałam w Internecie, ale przede wszystkim ze względu na takie, które wymagały czasu, żeby je odkryć. Podczas podróżowania uwielbiam poszukiwać nowe miejsca, szczególnie takie, które nie są zaznaczone w przewodnikach turystycznych. W ostatnim tygodniu oprócz wizyty w Loreto nie udało nam się wybrać na dalszą wycieczkę. Tym samym czas wolny spędziłam na odkrywaniu Ancony i miejsc, do których wcześniej nie udało mi się dotrzeć, a które niejednokrotnie urzekły mnie swoim pięknem.

SONY DSC

Wolontariat jest dla mnie również czasem odkrywania nie tylko nieznanym miejsc, ale także samej siebie w nowych warunkach. Codzienna praca i funkcjonowanie w różnych zespołach, przebywanie każdego dnia w międzynarodowym środowisku pozwalają mi lepiej spojrzeć na swoje mocne strony i słabości. Przebywając tutaj znajduję coraz więcej odpowiedzi na pytania dotyczące mojej osobowości, związane z tym jak szybko potrafię dopasować się do nowych warunków i odnaleźć w innym środowisku, jaką pozycję i postawę przyjmuję w grupie. Ta podróż również okazuje się być niezwykle fascynująca, pozwala na spojrzenie na siebie z innej perspektywy, tym samym mobilizuje do podjęcia nowych kroków w życiu przez wyznaczenie nowych celów i kierunków na przyszłość.”

SONY DSC

Widzimy się w następnym tygodniu – Paulina 🙂 

Napisz swoją własną historię: http://kato.aiesec.pl/GlobalCitizen 🙂

Rady wujka Jobsa: Miej odwagę!

Motywacje, cele, plany to punkty na drodze samorealizacji. Nikt z nas nie jest jednak w stanie przewidzieć, że wszystko uda się tak, jak to sobie zamierzaliśmy. Co wtedy? Co zrobić kiedy coś idzie nie po twojej myśli? Odpowiedzi na te pytania udziela ci dziś Steve Jobs, którego nie trzeba chyba przedstawiać.

Geniusz. Wizjoner. Twórca komputerowego imperium. Człowiek sukcesu. Nie można nie wierzyć w to, co mówi, widząc przebieg jego kariery. W wieku 21 lat założył wraz ze szkolnym kolegą Stevem Wozniakiem firmę Apple, która stała się jednym z największych na świecie producentów komputerów. Wskutek konfliktu w 1985 roku opuścił ją i stworzył firmę NeXT oraz był współzałożycielem studia filmowego Pixar. Po jej przejęciu przez Apple w roku 1996, Jobs wrócił i został prezesem. To spod jego skrzydeł wyfrunęły takie produkty jak iPod, MacBook, iTunes czy iPhone.

Jobs nie raz w życiu się mylił, wątpił i napotykał bariery. Jeśli i wy tak macie, przeczytajcie fragment jego mowy z 2005 roku, kiedy był gościem rozdania dyplomów dla absolwentów uczelni Stanford.

“Prawda jest taka, że nigdy nie ukończyłem studiów. Nigdy wcześniej nie byłem tak blisko ukończenia uczelni, jak podczas dzisiejszej gali. (…)

Zrezygnowałem z nauki w Reed College po pierwszych sześciu miesiącach, jednak pozostałem na uczelni przez następne osiemnaście miesięcy, i dopiero wtedy ostatecznie zrezygnowałem. Dlaczego zrezygnowałem? Ta historia zaczęła się zanim się urodziłem. Moja biologiczna matka była młodą, niezamężną studentką, która zdecydowała się oddać mnie do adopcji. Chciała, żebym był adoptowany przez absolwentów wyższej uczelni. Wszystko było ustalone, abym został adoptowany przez pewnego prawnika i jego żonę. Jednak tuż po moim urodzeniu postanowili, że jednak wolą adoptować dziewczynkę. Moi rodzice, którzy byli na liście oczekujących, dostali w środku nocy telefon z pytaniem “mamy nieoczekiwanego chłopca, czy go chcecie?”. Chcieli, odpowiedzieli “oczywiście”. Moja biologiczna matka zorientowała się, że mama nigdy nie skończyła studiów, a ojciec nigdy nie skończył szkoły średniej. Odmówiła podpisania ostatecznych dokumentów adopcyjnych. Ustąpiła dopiero kilka miesięcy później, gdy moi rodzice przyrzekli jej, że pewnego dnia wyślą mnie na studia. Tak też się stało. Siedemnaście lat później poszedłem na wyższą uczelnię.

Jednak naiwnie wybrałem szkołę, która była prawie tak droga jak Stanford i wszystkie oszczędności moich rodziców szły na finansowanie mojej edukacji. Po sześciu miesiącach nie mogłem dostrzec żadnych efektów i nie miałem pojęcia co chciałem robić w życiu, ani jak studia mogłyby mi w tym pomóc. Marnotrawiłem pieniądze, które moi rodzice oszczędzali przez całe życie. Dlatego zdecydowałem się zrezygnować, wierząc, że wszystko się jakoś ułoży. Był to trudny czas, ale patrząc z perspektywy, była to jedna z najlepszych decyzji jaką kiedykolwiek podjąłem. W momencie, w którym zrezygnowałem, mogłem przestać chodzić na obowiązkowe zajęcia, które mnie nie interesowały i zapisać się na te, które zapowiadały się ciekawie. Ale tak jak powiedziałem, nie były to łatwe czasy. Nie miałem pokoju w akademiku, wiec spałem na podłodze w pokoju znajomych. Zwracałem butelki po Coca-Coli za 5 centów kaucji, żeby kupić jedzenie. W każdą niedzielę chodziłem siedem mil na drugą stronę miasta, aby zjeść przyzwoity posiłek w świątyni Hare Krishna – uwielbiałem to. Wiele rzeczy, do których wtedy doszedłem przez ciekawość czy intuicję, okazały się bezcennymi doświadczeniami w późniejszym okresie. Pozwólcie, że dam wam przykład.

Reed College oferował chyba najlepszy w tamtym czasie w kraju kurs kaligrafii. W całym kampusie, każdy plakat, każda etykieta na szafie były pięknie ręcznie kaligrafowane. Ponieważ nie musiałem uczęszczać na obowiązkowe zajęcia, postanowiłem zapisać się na kaligrafię, aby nauczyć się, jak to się robi. Dowiedziałem się tam o czcionkach szeryfowych i bezszeryfowych, o zmiennych odstępach pomiędzy kombinacjami różnych liter, oraz o tym co cechuje doskonałą typografię. Było to piękne, historyczne oraz subtelne w sposób, w jaki nauka nie potrafi tego uchwycić. I to mnie zafascynowało. W żaden sposób nie liczyłem, aby którakolwiek z tych rzeczy znalazła kiedyś praktyczne zastosowanie w moim życiu. Jednak dziesięć lat później, gdy projektowaliśmy pierwszy komputer Macintosh, wszystko to do mnie powróciło. Zastosowaliśmy wszystkie te zasady w Macu – to był pierwszy komputer z piękną typografią. Gdybym nie zapisał się na ten kurs podczas studiów, Mac nie miałby wielu wzorów fontów, czy też proporcjonalnie rozmieszczonych znaków. A ponieważ Windows tylko kopiował Maca, prawdopodobnie żaden komputer osobisty by ich nie miał. Gdybym nie zrezygnował ze studiów, nie zapisałbym się na zajęcia z kaligrafii, komputery osobiste mogły by nie mieć pięknej typografii, którą posiadają. Oczywiście niemożliwe było połączenie tych zdarzeń patrząc w przyszłość, w czasie gdy byłem na uczelni. Ale było to bardzo, bardzo wyraźnie widoczne, patrząc z perspektywy 10 lat wstecz. Powiem jeszcze raz – nie można łączyć punktów patrząc w przyszłość, można je jedynie połączyć patrząc wstecz. Trzeba więc ufać, że w jakiś sposób punkty połączą się w przyszłości. Musicie w coś wierzyć: Boga, przeznaczenie, życie, karmę, cokolwiek. Ponieważ wiara, że punkty w przyszłości się połączą, da wam pewność, żeby postępować zgodnie z głosem serca, nawet jeśli zawiedzie was poza wyznaczone szlaki”*.

Nic dodać, nic ująć. Steve Jobs 9 lat temu mówił to do studentów z uniwersytetu w Stanford, dziś mówi to do ciebie. Czy nie zabraknie ci odwagi, żeby zaryzykować?

Autor: Laura Piórek

*fragment przemówienia pochodzi ze strony youtube.com

Spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy…

Do San Marino wyruszamy z samego rana. Pierwszą część trasy pokonujemy pociągiem do Rimini, skąd autobus zabiera nas na wzgórze San Marino. Droga na szczyt prowadzi krętymi uliczkami, którym wraz z wysokością towarzyszą coraz wspanialsze widoki na otaczające nas miasta. Wysiadając z autobusu jesteśmy zauroczeni otaczającym krajobrazem, a im bardziej zagłębiamy się w historyczną część San Marino, tym bardziej urzeka nas ono swoim pięknem. W spacerowym tempie część miasta zwiedzamy w niecałe trzy godziny, a przez resztę dnia czerpiemy z pięknej pogody, wystawiając buzie do słońca i przechadzając się uliczkami San Marino. Tym właśnie większość Europejczyków różni się od Chińczyków, którzy podczas takiej pogody bez parasola przeciwsłonecznego wolą nie wychodzić na zewnątrz.

SONY DSC

Wieczorem okazuje się, że mamy dwa powody do świętowania. Do naszej ekipy dołączyła sympatyczna Angelina z Rosji, która razem z Julianną będzie brała udział w projekcie AIESEC University. Po drugie, moja współlokatorka Jessica została zaakceptowana na praktykę w Kanadzie, którą rozpocznie po powrocie z Włoch. Ostatni dzień przed rozpoczęciem projektu jest dla nas wszystkich bardzo udany.

O 9 rano spotykamy się na Uniwersytecie z profesorem Cuculelli, który przybliża nam szczegóły naszej pracy w projekcie o oficjalnej nazwie “Switchpoint Project.” Swój projekt będziemy realizować poprzez badanie zagranicznych rynków dla małych i średnich włoskich przedsiębiorstw, które chcą rozszerzyć swoją działalność  poprzez ekspansję produktów w innych krajach. Każdy z nas, wolontariuszy, przydzielony został do innej firmy oraz grupy studentów. Naszym zadaniem będzie kierowanie zespołem, pomoc w stworzeniu ostatecznego raportu i wypracowanie strategii dla przedsiębiorstwa, a także nadawanie działaniom grupy szerszej, globalnej perspektywy.

SONY DSC

SONY DSC

Podczas spotkania jestem mile przyjęta przez wszystkich. Najpierw rozmawiamy z profesorem, który przybliża nam informacje o dotychczasowych działaniach przedsiębiorstwa i dostarcza potrzebne materiały. Gotowi do pracy spotykamy się już następnego dnia, by wstępnie omówić działania i podzielić obowiązkami.

Początek projektu stawia przede mną wiele wyzwań. Swój czas spędzam na zapoznawaniu się ze specyfiką pracy nad takimi badaniami, szukam informacji i planuję pracę ze swoją grupą. Kolejnym wyzwaniem jest komunikacja. Niestety poziom języka angielskiego Włochów nie jest najlepszy, jednak nie poddajemy się. Większość osób z mojego zespołu boi się używać tego języka, co bardzo ogranicza naszą komunikację. Może jest to szansa dla mnie, by przełamać ich barierę  językową, ale także podszkolić swój włoski? 

Ciekawy sposób na spędzenie niedzieli Jessica, Maggie i Alberto znajdują na jednej z pocztówek podczas spaceru po mieście. Riviera del Conero okazuje się nadmorską miejscowością oddaloną o paręnaście kilometrów od Ancony, do której, jak później się dowiadujemy, w sezonie letnim dotrzeć można jedynie autem. I tak po prawie dwóch tygodniach pobytu we Włoszech w końcu po raz pierwszy zanurzam nogi w Adriatyku. Na ten moment czekałam od dawna.

13 dni spędzonych we Włoszech dały mi możliwość spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy. Na co dzień zagonieni, pochłonięci bieżącymi sprawami często zapominamy o tym co jest dla nas ważne, jakie są wartości, którymi chcemy się kierować w życiu. Pobyt w nieznanym miejscu, z dala od bliskich osób pozwala dostrzec to, czego nie widzimy przytłoczeni nadmiarem różnych spraw. Mimo obowiązków związanych z codziennym sprawami, realizowaniem projektu, pobyt w Anconie pozwala mi nabrać dystansu, dostrzec to, co naprawdę jest dla mnie istotne, a co niepotrzebnie zabiera czas i zaprząta moją głowę.

SONY DSC

Poprzez wspólne mieszkanie z osobami z różnych zakątków świata projekt uczy mnie jak odnaleźć się w nowych warunkach, znaleźć wspólny język na różnych etapach codziennego życia, zrozumieć i zaakceptować różnice kulturowe jakie nas dzielą. Jest to lekcja, która daje ogrom satysfakcji, kiedy z dnia na dzień więcej o sobie wiemy, coraz lepiej się rozumiemy i wspólnie piszemy naszą własną, niezapomnianą historię.

A to dopiero początek przygody w Anconie. W najbliższych dniach wraz z grupą studentów wybieramy się na spotkanie z firmą, po którym nasze działania nabiorą wyższych obrotów, stawiając przede mną kolejne wyzwania.

Do usłyszenia wkrótce!

Napisz swoją własną historię: http://kato.aiesec.pl/GlobalCitizen 🙂

Vin-Kon

logo

Firma Vin-Kon została partnerem przy organizacji konferencji narodowej.  Przekaże nam produkty, które wesprą nas podczas organizacji wydarzenia

Firma istnieje od 1991 r., od listopada 1999 r. – jako “VIN-KON” SA. Zajmuje powierzchnię 3 ha, w tym 10 000 m kw. pomieszczeń biurowych, hal produkcyjnych i magazynów.

Produkcja odbywa się w dwóch zakładach: Koninie i Kruszwicy.

Prowadzimy działalność wytwórczą, handlową i usługową w zakresie przetwórstwa rolno-spożywczego: SKUPUJEMY OWOCE PRODUKUJEMY – wina i napoje alkoholowe – soki owocowe zagęszczone – soki i napoje bezalkoholowe – aromaty owocowe – soki warzywne zagęszczone

Justyna Kozłowska

Dlaczego zdecydowałaś się zaaplikować do zarządu?

Jako bardzo emocjonalna osoba przez długi czas wahałam się, czy zarząd to jest odpowiednie miejsce dla mnie. Miałam momenty, w których wiedziałam na sto procent, że chcę się zaangażować w AIESEC jeszcze bardziej, bo wierzę w to, czym się zajmujemy. Po nich przychodziły chwile zwątpienia, związane z moją główną obawą: czy aby na pewno jestem wystarczająco dobra żeby podołać tak wielkiej odpowiedzialności? W podjęciu ostatecznej decyzji pomogli mi otaczający mnie ludzie. To oni uświadomili mi, ile zawdzięczam przynależności do organizacji. Przez te ponad dwa lata wiele się nauczyłam, ale przede wszystkim miałam okazję poznać mnóstwo wartościowych osób. Z częścią z nich mam nadzieję przyjaźnić się do końca życia. Pomyślałam sobie, że skoro aktywnie działając w AIESEC zdołałam wyciągnąć tak dużo dla siebie, to teraz pora stworzyć możliwość do rozwoju dla innych. Nie ma lepszego miejsca do obserwowania tego, w jaki sposób ludzie się zmieniają, niż zarząd.

Jakie zdarzenie/sytuacja związana z przygotowywaniem się do objęcia kadencji wywarła na Tobie największy wpływ?

Punktem zwrotnym była dla mnie konferencja dla nowych zarządów. Przede wszystkim, była to moja pierwsza konferencja narodowa, a każdy, kto miał okazję w jakiejś uczestniczyć wie, ile pozytywnej energii, znajomości i pomysłów przywozi się ze sobą z powrotem do domu. Ponadto, wyjazd ten był idealną okazją do integracji. Kilka tygodni wcześniej zostaliśmy wybrani do zarządu, ale tak naprawdę dopiero podczas konferencji zostaliśmy prawdziwym zespołem.

Opowiedz coś ciekawego o sobie.

Na trzecie imię mam Hildegarda.