Dominika Leszko

Wolontariat w Panamie

gc domi

Pierwsze wrażenie było zupełnym szokiem – tutaj wszystko jest inne! Miałam wrażenie, że wszystko jest na opak przy zestawieniu z Europa. Ludzie, klimat. Wolontariat trwał zimną, ale upały nie ustępowały ani na chwile.

Pracowałam dla CEMP (Centro de la Mujer Panameña) w najbiedniejszej dzielnicy panamskiej stolicy, którą nie interesują się praktycznie żadne organizacje czy ludzie z wyższych sfer. To taka „czerwona strefa”, gdzie nie ma po co iść. Dlatego dzieciaki tutaj są zaniedbane i skarżą się na złe traktowanie w domu. Część z nich spędza tu całe dnie, tylko dlatego, ze nie lubi być w swoim domu i oglądać szarej rzeczywistości, z którą musza się zmierzać na co dzień.

Z innymi wolontariuszami staraliśmy się ubarwić ich życie bawiąc się w gry z najróżniejszych krajów świata, prowadząc narodowe dni, podczas których staraliśmy się zapoznać ich z naszymi państwami. Pomagaliśmy też w pracach domowych, rodzice często przyprowadzali dzieciaki byśmy przygotowywali je do egzaminów.

Pamiętam kiedy zobaczyłam efekty mojej pracy u Sharry – naszej stałej podopiecznej, która dostała pierwszą w życiu piątkę z angielskiego! Miałam już doświadczenie w nauczaniu dzieciaków w kilku europejskich krajach i mogę śmiało powiedzieć, że nie widzę różnicy w tempie pochłaniania wiedzy. Sharry, z nędznej dzielnicy Panama City, chłonie wiedzę równie szybko, jak dzieciaki z porządnej rodziny w Paryżu.

Czuję ogromną satysfakcję, bo udowodniłam dzieciakom, że one też dużo potrafią! Uczyły się z przyjemnością i z uśmiechem na twarzy współpracowały, ich uśmiech i wielokrotne upewnianie się, czy przyjdę jutro to coś, co rekompensowało mój wysiłek.

Jeśli chodzi o życie po pracy, trzymaliśmy się wszyscy razem z wolontariuszami i organizowaliśmy weekendowe wycieczki i tygodniowe imprezy w mieście. Ameryka Łacińska naprawdę baila! Wszyscy byli zawsze pozytywni i pełni energii do pracy i zabawy, to mi się podobało, bo czułam że nie tracę tu ani sekundy!