Posts

Praktyki Kingi w Bawarii

ep gt 3

Poznajcie Kingę, która podjęła się wyzwania wyjazdu na 8 miesięcy do Niemiec by odbyć praktykę Global Talents w globalnej firmie Nokia! Czego miała okazję doświadczyć? Przekonajcie się sami.

Pod koniec marca Niemcy powitały mnie tonami śniegu. Nie był to dobry początek, biorąc pod uwagę fakt, że Katowice opuściłam w wiosennych ubraniach. Od początku kwietnia rozpoczęłam moje praktyki w Nokii w Monachium, które jest niesamowicie pięknym miastem, wartym odwiedzenia przynajmniej raz w życiu! Jak przystało na Bawarczyków – mają swoją własną kulturę, jednak co mnie zaskoczyło – nie różni się ona bardzo od naszej, śląskiej.

Jedzenie jest pyszne, ale nie ma co liczyć na większy wybór Haribo – w Polsce mamy już wszystkie.  🙂 Największą atrakcją w mieście jest bez wątpienia Oktoberfest, w którym miałam okazję wziąć udział. Bardzo wiele firm przychodzi tam przynajmniej raz ze swoimi pracownikami. Miasta Bawarii są piękne, pełne historii, a Niemcy, pomijając wszystkie uprzedzenia są bardzo gościnnymi i miłymi ludźmi.

ep gt 5

Teraz, kiedy moja praktyka zbliża się ku końcowi, mogę powiedzieć, że to było bardzo intensywne 8 miesięcy. Nie tylko poznałam wiele ludzi z całego świata, ale także nauczyłam się bardzo dużo pracując w Nokii, jako analityk danych. Praktyki z AIESEC to coś, czego koniecznie musisz doświadczyć!

A czy Ty chciałbyś wyjechać na kilkumiesięczną praktykę zagraniczną? Aplikuj na: kato.aiesec.pl/gtalents

ep gt 6

Z Łukaszem na Tajwanie

English Corner klzzwxh:00002klzzwxh:0001

Zapraszamy do zapoznania się ze wspomnieniami Łukasza, który wyjechał na wolontariat zagraniczny do Tajwanu. W trakcie sześciu tygodni miał okazję poznać tamtejszych ludzi, kulturę a także m.in. uczyć dzieci języka angielskiego. Jak to wspomina?

Od dłuższego czasu planowałem uczestnictwo w zagranicznych praktykach lub wolontariacie. W tym roku postanowiłem zrealizować swój cel. Wybór padł na Tajwan , ponieważ uczę się języka chińskiego oraz interesuję się chińską kulturą. Wolontariat odbywał się przez większość czasu w lokalnym kościele w Nowym Tajpej. Życie wśród lokalnej społeczności było zarówno przygodą jak i wyzwaniem. Wielokrotnie podczas codziennych czynności dochodziło do śmiesznych sytuacji wynikających z różnic kulturowych.

Sam Tajwan jest bardzo bezpiecznym oraz przyjaznym miejscem dla obcokrajowca. Mieszkańcy Tajwanu są bardzo uprzejmi i pomocni (czasami nawet aż za bardzo). Jedną z rzeczy, do której trzeba się początkowo przyzwyczaić jest pogoda. Upalne i wilgotne dni były w pierwszych dniach pobytu bardzo męczące, jednak z czasem można do nich przywyknąć.

Jednym z najciekawszych doświadczeń podczas wolontariatu była możliwość przebywania i pracowania z osobami zaangażowanymi w działalność kościoła. Projekt dzielił się na kilka mniejszych podprojektów. Pierwszy tydzień polegał na działaniach w ramach obozu baseballowego, podczas którego organizowaliśmy różne gry i zabawy razem z osobami pracującymi dla kościoła.

1441059356109

W kolejnych tygodniach zajmowaliśmy się nauczaniem języka angielskiego oraz organizowaniem różnych zabaw dla dzieci. Nauczanie angielskiego oraz organizacja zajęć dla dzieci i młodzieży odbywały się w szkole, kościele oraz na specjalnym trzydniowym obozie w górach. Organizacja, w której realizowaliśmy wolontariat przyjęła nas bardzo serdecznie. W ramach wolontariatu zapewniono nam nocleg w mieszkaniu oraz wyżywienie (śniadania i obiady). Dodatkowo zabrano nas na wycieczkę do malowniczej górskiej miejscowości Jiufen. Wolontariat okazał się dla mnie bardzo pozytywnym doświadczeniem, ponieważ dał mi możliwość przebywania i pracowania w międzynarodowym zespole. Uważam, że Tajwan jest idealnym miejscem na odbycie praktyk lub wolontariatu. Polecam każdemu taką przygodę!

A gdzie Ty chciałbyś przeżyć swoją przygodę z międzynarodowością? Aplikuj na: kato.aiesec.pl/gcitizen

English Camp

Tajlandia oczami Maćka

Maciek Wolan

,,AIESEC to nie tylko organizacja, która wysyła ludzi na wolontariat, to jest wspólnota międzynarodowa dążąca do tego by każdy młody człowiek mógł stać się kimś wielkim. Byłem wolontariuszem w Tajlandii. Przez 6 tygodni uczyłem dzieci angielskiego. Jest to niesamowite przeżycie kiedy widzisz wdzięczność nie tylko dzieci, ale także nauczycieli, rodziców lub po prostu ludzi dookoła. AIESEC dał mi szansę stworzyć nowe przyjaźnie i odświeżyć te, które stworzyłem  w  przeszłości. Dzięki AIESEC czuję, że w przyszłości dam sobie radę ze wszystkim. Dziękuję”

Rozmowę z Maćkiem, który spędził na wolontariacie w Tajlandii 6 tygodni przeprowadziła Sylwia Bijak:

1. Dlaczego zdecydowałeś się ma wyjazd na wolontariat?

Przez dwa lata moja rodzina przyjmowała wolontariuszy z zagranicy, w zeszłym roku gościliśmy właśnie 3 osoby z Azji, w tym dziewczynę z Tajlandii. Chciałem zobaczyć jak to wygląda z drugiej strony, a przy okazji pomóc dzieciom oraz spotkać się z osobami, które przyjmowałem w poprzednich latach.

12179568_955778654459970_188235283_n

 

2. Czy wolontariat wpłynął na Ciebie w jakiś sposób, rozwinąłeś jakieś swoje umiejętności?

Zdecydowanie, poprawiłem swoje umiejętności językowe i nauczyłem się tego jaki zawód nauczyciela jest ciężki. Otworzyłem się bardziej na inne kultury, a także zawarłem wiele nowych przyjaźni.

3. Co powiedziałbyś osobie wybierającej się do Tajlandii?

Jest to niesamowity kraj jeśli pozostawisz umysł otwarty. Musisz być gotowy na to, że tam wszystko będzie dla Ciebie dziwne, a jednak po tygodniu nie będziesz chciał nigdy opuścić tego miejsca. Musisz też pamiętać o tym, że nie jest to Europa więc umiejętności językowe są niższe.

4. Jakie miejsca, które odwiedziłeś najdłużej zostaną w Twojej pamięci?

Jest wiele takich miejsc. Jednym z nich jest wioska słoni, w której zobaczyłem, że słonie, które powinny być szczęśliwe, takie nie są. Codziennie muszą robić show, a gdy zrobią coś źle, są bite. Innym takim miejscem jest granica z Kambodżą. Pomimo tego, że jeszcze kilka lat temu były tu prowadzone działania wojenne, to miejsce jest niezwykle spokojne.

5. Co Cię najbardziej zaskoczyło podczas wolontariatu?

Dobroć ludzi i otwartość społeczeństwa. Jest to wspaniałe przeżycie gdy widzisz jak wszyscy traktowani są na równi, a ludzie pomagają sobie nawzajem. Wiele zachowań, które są tam normalnością, zostałyby skrytykowane w Europie. Uważam, że możemy się wiele nauczyć na takich wolontariatach, poznać coś o czym wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Myślę, że Tajlandia to świetne miejsce na wolontariat, kraj ten zaskakuje wszystkim i zdecydowanie można się w nim wiele nauczyć.

**Wyjedź na swój własny wolontariat już tej zimy!**

12179502_955778734459962_1430405581_n

Więcej niż 1000 słów

DSC_0005

Każda minuta, a nawet sekunda spędzona w jednej z tajskich szkół, w prowincji Lopburi była jak odkrywanie czegoś nowego, czego nie zobaczysz w filmach, czy nawet najlepszych reportażach. Każdy dzień spędzony w Tajlandii dał mi o wiele więcej niż piękne widoki, tropikalne plaże, czy egzotyczne dżungle. Największym paradoksem  jest to, że to ja przyjechałam tutaj z jakąś misją, a konkretniej z nauczaniem angielskiego dzieciaków, które nie mają szansy na większy rozwój w ubogich rejonach Tajlandii, a finalnie okazuje się, że to one wykonały wielką  misję wobec mnie. To ja nauczyłam się od nich najwięcej. Jak małe dziecko od początku, krok po kroku – uśmiechu, cierpliwości, punktualności, języka, tradycji, kultury, doceniania każdego dnia i życia w skromności.

Wielkie powitanie

Lekko zdezorientowana wchodzę do klasy, podążam za nauczycielką angielskiego, uważnie obserwując jej ruchy, nie chcąc na pierwszym kroku zrobić czegoś niezgodnego z tajską kulturą. Przed wyjazdem postanowiłam poczytać trochę o tajskich obyczajach. Pierwsza zasada – zdejmij buty przed każdym pomieszczeniem. Patrzę na nauczycielkę, ściąga klapki przed klasą, robię to samo, niezdarnie ściągając moje nowe kiczowate „sandałki”. W tle słyszę dziecięce chichoty, co nie wróży niczego dobrego. Ostrożnie wchodzę, widzę wychylające się głowy z ławek i  uśmiechnięte twarze w biało-granatowych mundurkach. Wszystkie czarne jak węgiel oczy wpatrzone są we mnie. Cała gromada zgodnie wstaje z rozkazem jednego chłopczyka, siedzącego w rogu klasy ‘Stand up kids’ i jednym, głośnym, zwartym głosem mówi : – Good Morning Teacher !

Moja fala emocji, szczególnie zawstydzenia i nerwów, została nieco ugaszona przez słodkie głosy z uroczym tajskim akcentem.

– Uhhh… pierwsze koty za płoty po cichu mówię sama do siebie.

Niezwyczajne Zwyczaje

Wszystkie dzieci są w szkole już od 7.30. Przechodzę powolnym krokiem przez korytarz, w tle słysząc tajską muzykę, która umila czas uczniom podczas gdy odbywa się poranne sprzątanie szkoły. Wszystkie dzieci ubrane są w mundurki, biegają z wielkimi miotłami i workami na śmieci. Gdy wybija  punkt ósma, zaczyna się wielkie „otwarcie dnia”.  Każdego poranka dwóch najwyższych chłopców wywiesza flagę Tajlandii, a uczniowie dumnie odśpiewują hymn. Całej kompanii towarzyszy mała orkiestra z bębnami. Następnie dyrektor lub jeden z nauczycieli wygłasza swoje przemówienie. Po apelu uczniowie przechodzą do jednego z pomieszczeń, siadają po turecku, zamykają oczy i wspólnie odmawiają modlitwę na dobry początek dnia. O 8.30 zaczynają się zajęcia. Tutaj na korytarzu nie zobaczysz dziecka bez uśmiechu, czy też ucznia, który nie zwróci  pokłonu w Twoją stronę. Wszyscy odnoszą się do siebie z ogromnym szacunkiem. Uprzejmość można wyczuć na każdym kroku.

DSC_0454

Metoda na głoda

Na holu rozbrzmiewa  głośny dzwonek. Wszystkie piszczące, małe człowieczki kierują się w stronę stołówki. Każde dziecko ustawia się jedno za drugim na korytarzu. W środku stoją dwie nauczycielki przy wielkich żelaznych garach. Zapraszają mnie do osobnego stolika z podanym obiadem. Patrzę na wielkie kolejki ustawione w kierunku ogromnego naczynia z ryżem.  Po chwili zastanowienia pytam, czy mogę nakładać dzieciom obiad. Odruchowo jedna z nauczycielek zaprzecza i mówi, że zrobi to sama, a następnie wkazuje palcem osobny stolik z przygotowanym dla mnie posiłkiem. Jeszcze nie wie, że moja upartość nie zna granic. Po chwili przekonywania podaje mi dużą łychę. Nagle dwa rzędy zamieniają się w jeden, wszystkie dzieci ustawiają się w kolejce do mnie. Patrzę na cieszące się oczy, kolejno podchodzące do mnie z talerzem. Za takie szczere, niewinne  uśmiechy mogę stać z garnkiem nawet do wieczora. Kolejka poszła całkiem szybko. Siadam do osobnego stolika z nauczycielami. Dzieci przed posiłkiem wstają i odmawiają modlitwę.

DSC_0432

Wielkie gacie w akcji

Zgodnie z kulawą tajsko- angielską rozmową z moją ” drugą mamą”, u której mam spędzić kolejne sześć tygodni wolontariatu, dzisiaj miałam iść do świątyni. Z naszej całej konwersacji zrozumiałam dwie informacje “Tomorrow temple 6.30”.  Rano byłam bardzo zdenerwowana, nie wiedziałam co mnie czeka. Dom okazał się pusty. Utumporn o mnie zapomniała ? Myślę, spanikowana. Wychylam głowę zza firanek i rozglądam się przez szybę. Zauważam  dwie osoby, odwrócone tyłem, ale żadna nie przypomina mojej host. Zauważam profil jednej – wygląda jak jedna z nauczycielek ze szkoły. Trochę się uspokajam, ale dalej nic nie rozumiem, niedługo zaczynam zajęcia, a jej wciąż nie ma… Po chwili ktoś puka do drzwi. Pierwsze o czym pomyślałam, to to, że nie dogadam się z nimi po angielsku. Instynktownie otwieram drzwi i witam je tajskim ukłonem.  Dwie kobiety wchodzą do pomieszczenia, chichocząc między sobą. Następnie jedna z nich wskazuje na drzwi, na których wiszą dosyć wielkie, pufiaste spodnie, ozdobione złotymi wzorami. Wyraźnie dają mi do zrozumienia, żebym je założyła. Nun wyciąga z torby piękną, połyskującą szatę  i zaczyna oplatać ją wokół mojego tułowia. Owinęła mnie nią dwa razy a następnie umieściła złote agrafki w okolicach bioder. Nie widzę się w lustrze, ale całość może wyglądać całkiem nieźle. Nadszedł czas na fryzjera. Jedna z nich zrobiła mi warkocz i wpięła we włosy złotą klamrę. Na koniec przypięły w talii złoty pas oraz nałożyły duży naszyjnik z kolorowymi, połyskującymi kryształami. Nigdy nie spodziewałam się, że wielkie gacie, nieuchronnie podkreślające moje szerokie biodra mogą całkiem ładnie współgrać ze złotą szatą.Wszystkie na mnie patrzą i zgodnie mówi “narra”, co oznacza piękna. Zawstydzona, przeglądam się w lustrze, wyglądam prawie lepiej niż na mojej własnej studniówce.

Rewia mody

Podjeżdżamy pod świątynie. Starsze Panie gwałtownie się odwracają i patrzą na mnie ze zdziwieniem.Stanowię niezłą atrakcję, wszyscy kierują w moim kierunku delikatne ukłony. Po chwili zbierają się wszyscy znajomi nauczycieli ze szkoły, w której uczę. Wszyscy witają mnie bardzo ciepło, zagadując po tajsku. Odpowiadam uśmiechem – tajskim sposobem na wszystkie sytuacje i próbuję wydukać z siebie pojedyncze słowa. Od razu biorą mnie na środek świątyni przed posąg złotego Buddy. Nagle zbiera się gromadka Azjatek, z których każda chce mieć ze mną zdjęcie. Kolejno prowadzą mnie do ławek, gdzie znajdują się wielkie miski. Jedna z pań demonstruje mi cały proces. W ręku trzyma miskę z ryżem i żelazną łyżkę, po kolei wrzuca do każdego kubła łyżkę ryżu. Dalej przekazuje mi abym zrobiła to samo. Następnie podążamy w stronę ołtarza. Uważnie obserwuję moją nauczycielkę, i próbuję wykonać każdy ruch. Musi wyglądać to komicznie. Jedna z kobiet cały czas poprawia moje ręce, które powinny być mocno przywarte do klatki piersiowej.  Teraz wiem co znaczy bycie modelką…Okazuje się, że  po chwili na dywanie pozostaję tylko ja. Rozpoczyna się błysk fleszy, a ja czuję się jak prawdziwa gwiazda.

Mafia atakuje

Gdy dowiedziałam się gdzie dokładnie, będę odbywać mój wolontariat, pierwszą informacją we wszystkich nagłówkach artykułów było ” Lopburi- miasto małp”. Stwierdziłam, że koniecznie muszę to zobaczyć i pewnego dnia Utumporn postanowiła spełnić moje marzenie i mnie tam zabrać. Po półtorej godziny jazdy jesteśmy na miejscu.  Tutejsze małpy osiedliły się niegdyś na terenie jednej ze świątyń kompleksu sakralnego Wat San Phra Kan. Moja host wskazuje na słupy z kablami, gdzie już z daleka dostrzegam skaczące małpy. Stare budynki, miliony rozwydrzonych, małych, figlarnych potworów. Choć makaki jawajskie są oswojone to potrafią gryźć i rzucać się na turystów. Ich niezmierna ciekawość sprawia, że bardzo chętnie zaglądają do niejednej torebki. Przed świątynią można dostrzec mnóstwo znaków ostrzegawczych z informacją o uważnym pilnowaniu swych aparatów oraz plecaków. Każdego roku w listopadzie małpy obchodzą swoje święto. Mieszkańcy obdarowują je przeróżnymi smakołykami a wielka uczta przyciąga wielu turystów. Wchodzimy do świątyni. Nagle słyszę krzyk, odwracam się i zauważam, że jedna z małpek znalazła swą ofiarę i rzuciła się na jedną z turystek. Sytuacja wygląda nieco komicznie, bo do kobiety zaczęło podbiegać więcej urwisów. Jej krzyk zmienił się w wołanie o pomoc. Przed świątynią stoi ochrona, która szybko podbiegła do turystki odganiając małpy. Cała sytuacja wygląda nierealnie, a ja nie mogę przestać się śmiać.

Kraj uśmiechu

Nie żałuję ani chwili spędzonej  na wolontariacie w Tajlandii. Nawet gdy czasem bariera językowa wydawała się nie do pokonania, to ciepły uśmiech każdego ucznia sprawiał, że zapominałam o wszelkich trudnościach. Gdy wszyscy wokół Ciebie pragną przychylić Ci nieba, czujesz, że jesteś tu naprawdę potrzebna. Teraz pisząc to znajduję się na drugim krańcu świata, a wspomnienia są tak silne, że na zawsze pozostaną w moim sercu. Każdy osobny uśmiech „włożyłam” do kieszeni i przywiozłam do Polski.

DSC_0422

Chcę zrobić coś dla siebie!

Martyna Biernacka do story tellingu

Już na początku szkoły średniej byłam zaangażowana w wymianę międzynarodową. Wyjazd do Niemiec był niesamowitą przygodą, połączona z praktycznymi umiejętnościami językowymi. Jednak pewnego dnia, moja nauczycielka niemieckiego, spytała, czy ktoś z nas nie chciałby gościć u siebie wolontariusza na cały tydzień. Zgodziłam się bez wahania i nie pożałowałam tego. Kilkanaście dni później, stawiłam się na dworcu, by odebrać dziewczynę z Japonii, Misaki Sekiguchi.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ile pracy i zaangażowania jest potrzebne, abym to ja mogła cieszyć się obecnością tej wspaniałej osoby. Już w tamtym momencie wywarła ona wpływ na mój sposób postrzegania świata. Kiedy zaczęłam studia na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach, chciałam się odnaleźć w nowym otoczeniu i przez pierwszy semestr studiów nie robiłam nic szczególnego poza chodzeniem na Uczelnię. Jednak samo studiowanie nie satysfakcjonowało mnie. Po pierwszym semestrze postanowiłam zrobić coś dla siebie i dołączyć do organizacji studenckiej. Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia, czym jest AIESEC.

Przeglądając stare zdjęcia, znalazłam informacje o stowarzyszeniu. Jak się okazało, nadarzyła się wtedy możliwość dołączenia do grona działających młodych ludzi. Zajmowałam się tym, czym chciałam. Prowadziłam rozmowy z wolontariuszami, którzy byli zainteresowani warsztatami edukacyjnymi w śląskich szkołach podstawowych. Dodatkowo, poprzez rozmowy z dyrekcją placówek, miałam możliwość zdobycia praktycznych umiejętności sprzedażowych.

To doświadczenie zmobilizowało mnie do aplikacji na pozycję liderską, na którą się dostałam. Projekt Global Host miał polegać na znajdowaniu osób, które zaopiekowałyby się wolontariuszami na okres wakacji.

Dzięki temu doświadczeniu mogłam przede wszystkim uwierzyć w siebie i swoje możliwości, nauczyć się, jak prowadzić zespół, który motywował mnie do dalszego działania. Poznałam przeróżne kanały i sposoby promocji. Nigdy nie przypuszczałabym, że zwykły student może mieć okazję występu w radio, czy nawet w TVP Katowice, a przy okazji poznania tych mediów “od kuchni”. Zafascynowana tak ogromnymi możliwościami rozwoju, postanowiłam zmienić obszar mojego działania. Jako koordynator projektu Global Talents, staram się dostarczyć profesjonalnego doświadczenia zawodowego studentom z śląskich uczelni, poprzez zagwarantowanie im praktyk międzynarodowych.

Wszystko, co opisałam powyżej nie miałoby nigdy miejsca, bez ludzi, którzy przekazali mi ten ogrom wiedzy i którzy przyjęli mnie z otwartymi rękoma. Działalność rozwinęła moje umiejętności miękkie i moje poglądy na świat. Robię coś, co może mi się przydać w przyszłości, na coraz bardziej wymagającym rynku pracy.

Martyna, studentka Finansów i Rachunkowości

Dziś masz ostatnią szansę aby do nas dołączyć, nie zmarnuj jej ! klik: APLIKUJĘ! 

Martyna Biernacka z EPską

Więcej niż studia

Ola Kraus do story tellingu

Cześć, mam na imię Ola. Studiuję na Uniwersytecie Ekonomicznym i do marca tego roku byłam niczym nie wyróżniającą się studentką – uczęszczałam na wykłady, pisałam kolokwia, zdałam swoją pierwszą sesję. Będąc na uczelni zawsze miałam w pamięci, że obiecałam sobie wykorzystać czas studiów najlepiej jak potrafię. Status studenta oprócz wyższego wykształcenia oferuje przecież mnóstwo innych możliwości, które szkoda byłoby zmarnować. Zawsze uważałam, że na wiele mnie stać, ambicji nigdy mi nie brakowało, a chcieć to móc. A chciałam mieć wpływ na swoją przyszłość, wziąć udział w dużym przedsięwzięciu, móc się wykazać… I tak właśnie się zaczęło.

 

Po zdanej sesji szukałam dodatkowego zajęcia, które byłoby dla mnie wyzwaniem. Zdecydowałam, że zacznę od organizacji studenckiej. Podpierając się na lewej ręce scrollowałam nazwy organizacji działających przy mojej uczelni. Wybrałam trzy, które pasowały pod moje kryteria, a spośród nich tą która wydawała mi się najbardziej odpowiednia – AIESEC.

Napisałam aplikację, odbyłam rozmowę kwalifikacyjną i niedługo potem dostałam telefon z gratulacjami. 6 marca wyjechałam na lokalną konferencję, która miała za zadanie przybliżyć nowym członkom działalność organizacji. Poznałam jej kulturę i wartości, bogatą historię i ambitne plany na przyszłość. Ucieszył mnie fakt, że szczególny nacisk kładą na rozwój (poprzez realne działanie!) i liderstwo. Podoba mi się podejście, że Twój wkład jest zauważany, doceniany i zwracany z nawiązką.

Zostałam przydzielona do projektu wymianowego, w którym pomagam młodym Polakom odbyć praktyki zagraniczne. Pierwszy raz miałam możliwość działania na międzynarodowej platformie, przeprowadzania licznych rozmów rekrutacyjnych, dopasowywania ofert dla zainteresowanych osób i przygotowywania ich do wyjazdu. To jest niesamowite, kiedy pośredniczysz w spełnianiu cudzych marzeń! Niedługo mam spotkanie z dziewczyną, która z moją pomocą niebawem wyjedzie do Wietnamu uczyć języka angielskiego.

Dzięki projektowi dowiedziałam się, że dział human resources jest tym, w czym chcę się dalej kształcić. Po raptem trzech miesiącach działalności zaaplikowałam na pozycję lidera projektu w obszarze, z którym wcześniej nie miałam styczności. Teraz naszym zadaniem jest przyjęcie zagranicznych wolontariuszy i zorganizowanie im wolontariatu w polskich szkołach. Od zawsze podobała mi się międzynarodowa współpraca i chciałam już od razu spróbować czegoś nowego. To było odważny krok, biorąc pod uwagę, że byłam całkiem nowym członkiem i działałam już w jednym projekcie. Jednakże udało mi się i dziś mija około 3,5 miesiąca odkąd jestem liderem projektu.

Mogę szczerze powiedzieć, że jest to doświadczenie pełne wyzwań. Dochodzi odpowiedzialność za projekt i jego członków. Uczysz się planowania, logistyki i wdrażasz nowe taktyki. Prowadzisz spotkania, integrujesz zespół i nadzorujesz jego pracę. Stajesz się dla kogoś przewodnikiem i uczysz się być wzorem dla innych. Przeżywasz cudowne chwile, gdy wszystko układa się po Twojej myśli i uczysz się działania pod presją oraz szybkiego reagowania, gdy coś wymyka Ci się spod kontroli. Zbliżasz się do swojego zespołu, poznajesz go bliżej i pomagasz mu się rozwijać – dokładnie tak, jak Tobie pomagał kiedyś Twój lider.

W AIESEC niesamowite jest to, że każdy kiedyś zaczynał tak samo. Przewodniczący Twojego oddziału też kiedyś był członkiem jakiegoś zespołu. Działalność projektowa i wspinanie się po szczeblach odpowiedzialności podkręca apetyt na więcej.

Serdecznie polecam AIESEC tym, którzy tak jak ja chcieli wykorzystać czas studiów i wyjść ze strefy “zwykłego studenta”. Być może mój staż w organizacji jest dosyć krótki, ale na pewno jest on intensywny. Mój projekt dopiero się rozkręca, a przede mną i moim zespołem jeszcze dużo wyzwań. Serdecznie zapraszam i Ciebie do aplikacji – chętnie poznam nowe osoby, które lubią podwyższać sobie poprzeczkę.

Ola, studentka Finansów i Rachunkowości

Jeśli chcesz przeżyć swoją przygodę z AIESEC aplikuj: kato.aiesec.pl/rekrutacja

Ola Kraus

Student, który organizuje wydarzenie dla 5000 osób!

12046667_1012257242147352_7479640724186243709_n

Mam na imię Maciek i od ponad pół roku jestem w organizacji AIESEC. Od samego początku mojej przygody w organizacji byłem związany z promocją, a wraz z kolejnymi miesiącami przeniosłem się do projektu Dni Kariery.

Ale na początek chciałbym Wam opowiedzieć jak to się stało, że w ogóle zainteresowałem się właśnie tą organizacją. Przez wiele lat związany byłem z zupełnie innymi rzeczami i nigdy nie myślałem, że podczas studiów będę miał czas i przede wszystkim chęć, by działać w ramach jakiejkolwiek organizacji. No bo przecież, po co?

Od najmłodszych lat grałem w piłkę nożną i unihokeja i to było TO na co poświęcałem najwięcej czasu i czemu było podporządkowane większość moich decyzji. Przez te wszystkie lata udało się w pewnym stopniu osiągnąć coś z czego mogę być zadowolony, ale niestety jestem też jedną z tych osób, które przegrały w niektórych sytuacjach z własnym zdrowiem, przez co nie do końca udało mi się zrealizować wszystkie swoje plany, które miałem. Wówczas zacząłem także poważniej myśleć o czymś więcej i wtedy do gry weszła grafika komputerowa, a w niedługim czasie później statystyka i systemy gry. Sport, grafika i giełda to właśnie moje największe pasje, z których jedna zaprowadziła mnie do AIESEC.

Dzięki temu, iż grafika komputerowa jest obecna w moim życiu od dłuższego czasu zdecydowałem się, że chcę zrobić coś naprawdę wartościowego i dzięki kilku osobom, zdecydowałem się, że wypełnię aplikację do organizacji. Po pewnym czasie i pozytywnej weryfikacji zostałem przyjęty. Jak już wspominałem wcześniej, zaczynałem od promocji wyjazdów zagranicznych, następnie zostałem koordynatorem lokalnym ds. promocji w Dniach Kariery (dzięki czemu mogłem m. in. stworzyć ogólnopolską szatę graficzną tego projektu) a obecnie zostałem koordynatorem głównym projektu Dni Kariery Katowice. Projekt, który zapewne większość z Was już kojarzy, a mogło nie wiedzieć, że tak duże wydarzenie organizują STUDENCI tacy jak Wy. Kilkunastoosobowy zespół, który pracuje przez kilka miesięcy, by w ten jeden dzień, przez kilka godzin, umożliwić studentom, firmom i gościom, wzajemny kontakt i szansę rozpoczęcia swojej własnej kariery.  Dzięki organizacji takiego wydarzenia mogę sprawdzić się w roli lidera zespołu, mam kontakt z największymi firmami w regionie i nie tylko, a także mogę wziąć na swoją odpowiedzialność wydarzenie w którym udział bierze 5000 osób! Dlatego, jeśli jeszcze nie jesteś pewny tego co chcesz robić podczas studiów, a myślisz o swojej przyszłości, przyjdź na rozmowę i przekonaj się czy to właśnie to co pozwoli Ci spędzić wspaniałe chwile z niesamowitymi osobami! 😉

Chcę organizować z Maćkiem Dni Kariery!  🙂

10983212_457908034388987_405026460324419282_n

Zdjęcie z fanpage Grupa PZU Kariera

Czas pożegnań się zbliża

Skopje nowe2

Cześć, zdravo!

Dawno nie było wieści co tam u mnie słychać. Już wyjaśniam. Okazało się, że wraz z pozostałymi wolontariuszami musieliśmy przeprowadzić się do innego mieszkania i przez to całe zamieszanie niestety nie udało mi się napisać co tam u mnie słychać. Jednak już postaram się nadrobić 🙂

Ostatni tydzień sierpnia nie był jedynie ostatnim tygodniem miesiąca. Był to tez ostatni tydzień naszych wizyt w przedszkolach. Od września dzieci mają ściśle ustalony plan zajęć i niestety nie udało się wpleść naszych zajęć. Poświęciliśmy ten tydzień na rozmowy o ochronie środowiska, ponieważ ten temat w Macedonii jest niezbędny do poruszenia. Dzieci zobaczyły filmik jak świnka Pepa selekcjonuje odpady, a następnie odniosły to do rzeczywistości.

Niestety zaczęły się już pierwsze pożegnania. Umar z Pakistanu wrócił do domu. Ta chwila przypomniała mi, że nic nie trwa wiecznie i powinnam korzystać z czasu spędzonego tutaj jak najlepiej się da!

Nie tracąc czasu ponownie wybrałam się z innymi wolontariuszami na wzgórze Vodno aby podziwiać Skopje z nieco innej wysokości. Następnie kolejny dzień spędziłam w Prilep. O tym mieście już czytaliście. Ponownie odwiedziłam znajomych i pokazałam miasto pozostałym wolontariuszom z mojego projektu. W międzyczasie poznałam również innych członków AIESEC w Skopje, przychodząc na comiesięczne spotkanie oddziału lokalnego. Nie obyło się również bez odkrywania Skopje na nowo.

Skopje nowe1

W końcu nadszedł weekend! Mogę stwierdzić, że ten weekend był najlepszym do tej pory. Razem z wolontariuszami z Prilep wybrałam się do miejscowości Ohrid na zachodzie Macedonii. Ohrid jest przepięknym miastem z wąskimi, urokliwymi uliczkami, starożytnym amfiteatrem oraz fortecą górującą nad miastem. Jednak co najpiękniejsze Ohrid leży nad ogromnym jeziorem, jednym z największych i najstarszych w Europie. Ten weekend był niezapomniany nie tylko ze względu na przepiękne widoki, ale również ze względu na międzykulturowe towarzystwo. Hiszpania, Rumunia, Francja, Macedonia, Turcja i Polska – oto mieszanka wybuchowa! Przede mną ostatni tydzień. Pomału zaczynam zbierać myśli i analizować co się stało podczas mojego pobytu tutaj. Już czuję, że wiele się zmieniło. Nie chcę wyjeżdżać. Czuję, że część mojego serca należy do Macedonii. Jednak taka jest kolej rzeczy 😉 Czekajcie na kolejną relację, w której podsumuję całe moje doświadczenie.

Skopje nowe

Ponowne odwiedziny znanych miejsc

Jak wiecie z poprzedniej mojej relacji, choroba pokrzyżowała mi kilka planów, ale wracam już do formy! 😉 Praktycznie cały tydzień spędziłam w łóżku wracając do zdrowia i nadrabiając ogromne zaległości w oglądaniu filmów i seriali. Pozostali wolontariusze na bieżąco opowiadali mi co się dzieje w przedszkolach. Ten tydzień był tygodniem pakistańskim. Umar dumnie prezentował swój kraj i wymyślał coraz to nowsze aktywności dla dzieci, włączając w to oczywiście tradycyjnie muzyczne krzesełka oraz rysowanie.

11815677_10153539111906926_742340157_n

W weekend zdecydowałam się już nie siedzieć w pokoju. Pojechałam do miejscowości Prilep w odwiedziny. Prilep jest miastem na południu Macedonii, które słynie z produkcji tytoniu. Na ulicach mogłam zobaczyć wiele specjalnych konstrukcji, służących do suszenia liści tytoniu. Dużo rodzin w mieście utrzymuje się ze zbierania liści tytoniu, które następnie są sprzedawane do pobliskiej fabryki. Miałam okazję poznać również wolontariuszy tamtejszych projektów Global Citizen z Hiszpanii i Turcji.

Prilep

W niedzielę z samego rana wróciłam do Skopje aby już wczesnym przedpołudniem po raz kolejny jechać do Kanionu Matka. Tym razem udało nam się wejść na szczyt jednej z gór otaczających kanion. Tam urządziliśmy grilla, a niektórzy również wspinali się po tamtejszych skałkach. Po całym tygodniu siedzenia w domu śmiało mogę stwierdzić, że weekend był bardzo udany i czekam z niecierpliwością na powrót do dzieciaków!;)

Skopje1

Węgierska przygoda

Magda Biedrawa, grafa

“Co ja najlepszego wyprawiam”- to pierwsze co pomyślałam, wysiadając na dworcu Keleti w Budapeszcie. Miasto zdawało się pulsować jak serce w rytm przejeżdżającego metra. I ten węgierski język… Kilka dni spędzonych w pięknym Budapeszcie dodało mi odwagi. Nie wiem czy znalazłam ją na placu bohaterów, czy gdzieś na jednym z potężnych mostów nad Dunajem. Naładowana energią i nieustannie podgrzewana węgierskim słońcem, wsiadłam w pociąg w kierunku północno-zachodnim, na spotkanie z przygodą. “Tatabanya” – zobaczyłam tabliczkę informującą o stacji, na której zatrzymał się pociąg. “No i jestem”- pomyślałam, czując podekscytowanie zmieszane z niepewnością. Jak tylko wysiadłam usłyszałam, że ktoś radośnie mnie woła, to była dyrektorka szkoły Eniko. Kobieta ciepło mnie przyjęła i odstawiła do mojego nowego domu. A był to niewielki, dwupiętrowy domek położony dosłownie dwa kroki od szkoły, w której miałam pracować. Moją host family okazała się babcia Illi. Illi okazała się niezwykle nowoczesną babcią, z wifi i kontem na facebooku. Niestety mówiła tylko po węgiersku. I w tym właśnie miejscu zaczyna się prawdziwe międzykulturowe doświadczenie. Do dzisiaj nie wiem jak, ale rozumiałyśmy się z babcią niemal idealnie. Język gestów, obrazków, symboli opanowałyśmy do perfekcji. To przy niej nauczyłam się wielu węgierskich zwrotów, ale nie to jest najważniejsze. Przede wszystkim Illi nauczyła mnie, że nie istnieją bariery, które mogłyby powstrzymać ludzi od poznania i polubienia się. Bo ani różnica wieku, ani językowa przepaść, nie przeszkodziły nam w tym, aby śmiać się i spędzać wspólnie czas. Nadszedł czas na pójście do szkoły i rozpoczęcie pracy. Nigdy chyba nie zapomnę swej pierwszej lekcji języka angielskiego. Nogi trzęsły mi się jak galaretka, a wlepione we mnie 20 par ciekawskich oczu powodowały dreszcze na plecach. Ale z lekcji na lekcję, z godziny na godzinę stres gdzieś znikał. Ustąpił miejsca radości i energii, którą odkryłam w sobie podczas pracy z dziećmi. Szkoła, do której przyjechałam to maleńka podstawówka na obrzeżach miasta. Było tam jedynie 8 klas, w każdym roczniku po jednej. Szkoła należała również do programu, w którym oferuje się zajęcia dodatkowe z języka słowackiego. Mogłam więc pomóc również w tych lekcjach. Doświadczenie jakie zdobyłam podczas pracy z dziećmi nie da się porównać z żadnym dotychczasowym. Stojąc pod interaktywną tablicą uświadomiłam sobie wiele rzeczy. Począwszy od tego, że praca nauczyciela to ogromne wyzwanie, a skończywszy na tym, że przez gry i zabawy też można wiele nauczyć. Ogromną satysfakcję sprawiało mi, gdy widziałam, że dzieci są zainteresowane tym, co dla nich przygotowałam. Nauczyłam się również wiele o sobie. Poznałam swoje mocne jak i słabsze strony. Dziś, już tydzień po powrocie z Węgier, mogę powiedzieć sobie “dziękuję”. Dziękuję, sobie samej, że znalazłam odwagę i siłę by zdecydować się na wyjazd za granicę. Wdzięczność z resztą czuję do wszystkich, którzy byli zaangażowani w mój wyjazd, bo przyznam, że ani przez chwilkę nie poczułam się samotna czy zagubiona. Świat, nagle stał się mniejszy i bardziej przyjazny, a Węgry, które zawsze uważałam, za niezbyt ciekawe, nagle stały się pod wieloma względami interesujące (Oj tak, Węgry są paprykowe- nawet rosół podany był z papryką). Muszę przyznać, że takie przygody są dnia mnie uzależniające…. gdzieś z tyłu głowy czuję, że rośnie w siłę myśl o kolejnym wyjeździe.