Posts

Krąg mocy

Okres studiów może być stonowanym, spokojnym i skupionym na nauce etapem życia. Może być to też czas, w którym lista imprez w tygodniu jest większa niż liczba przedmiotów na roku, a codzienne libacje dobija poranny i nie ma co ukrywać – nużący wykład. Bez względu jednak na to, w jaki sposób planujesz spędzić ten pamiętliwy czas – chyba najlepiej jest postawić sobie jedno ważne, ale to bardzo ważne pytanie – co lubisz i chcesz w życiu robić? I to nie po to, żeby rezygnować z ulubionych spotkań ze znajomymi i rozważać samotnie nad tym pytaniem, tylko po to właśnie, aby zacząć robić w życiu to, czego naprawdę pragniesz.
Działanie w AIESEC zdecydowanie wpływa na lokalne otoczenie, ale najbliższym mi „lokalnym otoczeniem” jestem ja sama i dlatego chciałabym przedstawić, w jaki sposób doświadczenie, które przeżyłam, wpłynęło na moje życie.
Po 3 latach studiów spędzonych na błąkaniu się po korytarzach uczelni z podręcznikami myślałam, że pozamiatane- życie skończone, studia wybrane – nie ma odwrotu. Z całej tej nostalgii, znużenia i jakiegokolwiek braku zainteresowania swoją dalszą edukacją natrafiłam na rekrutację do AIESEC. Zmiany nastąpiły jak tsunami – wielką falą mnóstwa informacji, zadań, którym musiałam podołać i ludzi, których poznałam i polubiłam.

 Mój pierwszy projekt skupiał się na organizowaniu wolontariatu dla zagranicznych studentów i było to doświadczenie, którego nie zapomnę nigdy. Głównie dlatego, że wszystkie moje zadania, były jedną wielką definicją tej organizacji: nauka poprzez działanie. Rzucili mnie na przysłowiową „głęboką wodę”, mogłam powalczyć trochę z moimi słabościami i wykrzesać z siebie więcej pewności siebie.
Projekty wolontariatów międzynarodowych pokochałam całym moim sercem. Na tyle mocno, by po połowie roku móc zaaplikować na pozycję koordynatora projektu i pierwszy raz zarządzać zespołem. Tym razem już na poważnie i w bardzo szczytnym celu (odbiorcą naszego projektu były domy dziecka i fundacje skupiające się na pomocy dzieciom niepełnosprawnym). Nowa pozycja stawiała przede mną bardzo wiele nowych i znacznie cięższych wyzwań – jednocześnie dając mi, z każdą przezwyciężoną przeszkodą, więcej satysfakcji i ekscytacji. A to nie koniec, bo moja przygoda z AIESEC trwa w najlepsze i trwać będzie, bo i ja w końcu zrozumiałam, co mi się najbardziej podoba i czego powinnam się chwycić w moim dalszym życiu zawodowym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAByć może to górnolotne stwierdzenie, ale umiejętność poznania siebie, swoich pragnień, słabości i celów jeszcze na studiach, jest jak posiadanie supermocy. Dzięki temu wiesz, czego od życia wymagasz i w którym kierunku chcesz się rozwijać. Masz tę wiedzę – szukasz wtedy okazji dla siebie i swojego nowo – odkrytego „ja”, czerpiesz z rozwoju dużo satysfakcji i doświadczenia a przede wszystkim czujesz, że Twoja praca ma sens. To właśnie taki „krąg mocy” – najlepsze uczucie na świecie.

 

 

A Ty jaką historię stworzysz? Trwa rekrutacja, zgłoś się do nas wypełniając formularz: pwr.aiesec.pl/formularz

 

Autor tekstu: Paulina Sadzik

From Paris to Wrocław – wywiad z Lou Guy

lou

Jak Ci się podoba Konferencja Komitetu AIESEC Politechnika Wrocławska, która odbyła się w Lewinie Kłodzkim oraz jak oceniasz Komitet Lokalny sam w sobie? Ponieważ pochodzisz z Francji, społeczności o odmiennym usposobieniu niż Polska, co na pewno ma wpływ na klimat konferencji, jestem naprawdę ciekawa Twoich wrażeń i emocji związanych z naszą konferencją.

Bardzo mi się u Was podoba! Miło jest widzieć wszystkich członków i esencję organizacji. Ta konferencja, jak na lokalną, jest świetnie przygotowana. Wszystko jest gotowe na czas, więc z logistycznego punktu widzenia jest bardzo dobrze. Natomiast z perspektywy atmosfery panującej na konferencji jest po prostu wspaniale. Ogromna energia! Wszyscy aktywnie biorą udział, zarówno członkowie, jak i liderzy. Świetnie się bawię.

Przypuszczam, że bycie Chair’em [osoba, która przewodzi – red.] – duszą konferencji musi być wymagającym wyzwaniem. Jak się czujesz w roli prowadzącej?

Myślę, że bycie prowadzącą jest dla mnie ogromnym zaszczytem i przywilejem. Sądzę nawet, że jestem szczęściarą, że mogę mieć taką możliwość. Staram się dać z siebie wszystko, bo wiem, że jak ważne jest to dla delegatów. Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej konferencji, którą prowadziłam, ani żadnej innej konferencji, gdyż wywarły one  na mnie ogromnie pozytywny wpływ. Kiedy dostałam zaproszenie, miałam nadzieję, że uda mi się przekazać swoje doświadczenie i wiedzę uczestnikom. Skupiam się na tym, by być na tyle świetną, by członkowie i uczestnicy byli szczęśliwi, zainspirowani i zmotywowani. Na tym polega trudność wyzwania. Wydaje mi się, że lubię tę pracę. To jest naprawdę fascynujące, kiedy musisz z jednej strony pokierować zespołami organizującymi wydarzenie, upewnić się, że dobrze współpracują ze sobą i są przygotowane, by rozważyć swoje doświadczeniem i je zwiększyć, a z drugiej strony występować publicznie. Uwielbiam być na scenie – to fajny sposób na interakcję i komunikację z ludźmi.

Jak udało Ci się zostać Chair’em w Tajwanie?

W Tajwanie było bardzo spontanicznie. Latem uczestniczyłam tam w międzynarodowej konferencji razem z 700 innymi osobami. Podczas tańczenia poczułam kogoś szturchającego moje ramię. I ta osoba zapytała mnie, czy chciałabym być prowadzącą konferencji w Tajwanie. Okazało się, że była to wiceprzewodnicząca Komitetu Narodowego, odpowiedzialna za tę konferencję. Nawet jej nie znałam, poprosiła mnie o to podczas tańca. Powiedziała, że lubi moją energię i będę odpowiednia na jej konferencję, zatem trzy miesiące później byłam z powrotem w Tajwanie. 😉

Jak wspominasz pierwszą prowadzoną przez Ciebie konferencję w Tajwanie i jak porównasz to z doświadczeniami z wrocławskiej konferencji.?

Tajwan był zupełnie inny od tej konferencji. Tamta trwała tylko dwa dni, a osoba czuwająca nad przebiegiem wydarzenia przygotowała niemal wszystko, a moim zadaniem było tylko opowiedzenie historii. Takie sesje jak otwarcie i zamknięcie były gotowe. Nawet slajdy były gotowe, więc musiałam tylko dodać własną historię, stąd ostatecznie było to dosyć łatwe. Tu, w Lewinie Kłodzkim, musiałam przygotować także kontekst, co było niezłym wyzwaniem. Jest tu mnóstwo osób, o które trzeba zadbać, jak na przykład wszyscy mówcy – trzeba się upewnić, czy wszyscy są gotowi. To jest ta stanowiąca wyzwanie część, ale wydaje mi się, że to lubię. Jest to trochę stresujące, ale zdecydowanie warte wysiłku.

Podczas swojego wolontariatu Global Citizen byłaś na Litwie. Kraj ten słynie z wielu zabytków i kościołów, jednak Ty miałaś okazję odkryć wiele innych, nie tak znanych, ale zdecydowanie bardziej fascynujących miejsc.

Projekt miał na celu zwiększyć dumę i satysfakcję ze swojego kraju wśród studentów. Naszym zadaniem było odkrywanie nowych i mało powszechnych miejsc, a jednak niezwykle wyjątkowych i godnych uwagi, czy odwiedzenia. Podczas wolontariatu podróżowaliśmy minivanem przez 7 tygodni, podczas których pisaliśmy artykuły, prowadziliśmy bloga i robiliśmy filmiki i zdjęcia, promując tym samym odwiedzane przez nas miejsca. Każdego dnia zmienialiśmy lokalizację, więc w zasadzie mieliśmy okazję zjechać pokaźną część kraju.

Razem ze mną w projekcie brali udział uczestnicy z Węgier, Hong Kongu, Meksyku, Włoch i Stanów Zjednoczonych. Każdy z nas pochodził z miejsca o odmiennej kulturze i sposobie bycia, przez co było naprawdę zabawnie. (Link do zdjęć https://www.facebook.com/RoadTripLT/photos_stream?tab=photos_albums )

1011990_446922475406257_414757652_n

Kto prowadził?

Mieliśmy kierowcę – mężczyznę, który kocha Volkswagena. Był lekko starszy od nas, ale naprawdę dobrze się dogadywaliśmy jako zespół. Zawsze można było na nim polegać, kiedy mieliśmy jakieś problemy, jak na przykład rozpalenie grilla.

Co podobało Ci się najbardziej?

Na Litwie najbardziej przypadł mi do gustu fakt, że praktycznie wszędzie, gdzie pojechaliśmy było jezioro, a jego okolica była całkowicie naturalna i nienaruszona. We Francji wszystko jest przerobione, trawa równiutko ścięta, meble ogrodowe porozstawiane i cała przestrzeń jest sztucznie uporządkowana. Na Litwie było zupełnie inaczej. Było po prostu dziko, co sprawiało, że miejsce było piękne. Uwielbiałam te momenty, kiedy byłam na środku jeziora a dookoła nic poza łonem natury. Każdego dnia mogliśmy kąpać się nad jeziorem i było to niezwykle przyjemne.

Czy napotkałaś jakieś trudności związane z różnicami kulturowymi?

Moim pierwszym szokiem kulturowym było zdecydowanie jedzenie. Litewskie potrawy same w sobie były przepyszne, ale nie mogłam się dostosować do pory i sposobu jedzenia. We Francji śniadanie jemy zazwyczaj około 8, lunch o 12, później przekąski w okolicach godziny 4 i obiadokolację o 8 wieczorem. Podczas projektu, studenci pracujący z nami mieli całkowicie rozregulowany plan posiłków w porównaniu z moim. W czasie pierwszego tygodnia prawie głodowałam 🙂 . Z początku myślałam, że jest to spowodowane zapracowaniem, wynikającym z pracy w projekcie, dopiero później zrozumiałam, że taki mają już styl bycia. Od tamtego momentu sama zaczęłam kupować sobie jedzenie, żeby mieć pewność, że mam wystarczająco dużo na cały dzień.

Co Cię najbardziej zaskoczyło?

Zdecydowanie byłam najbardziej zaskoczona pracowitością, jaką reprezentowali sobą studenci na Litwie. Bardzo imponowało mi ich oddanie się zadaniom. Kolejnym zaskakującym dla mnie faktem była również pogoda. Kiedy przyjechałam na Litwę, było naprawdę upalnie. Spodziewałam się, że będzie zimno, ale w rzeczywistości było bardzo pogodnie przez cały mój pobyt w kraju. Inna długość dnia była także pozytywnym aspektem. Słońce wschodzi dużo wcześniej, co sprawia wrażenie, że mamy więcej czasu.

Jak rozwiązane były logistyczne aspekty projektu?

Zespół organizujący zdobył wielu sponsorów, którzy zapewnili nam zakwaterowanie oraz wyżywienie. Ich praca była niesamowita i bardzo wymagająca zarazem. Każdego dnia jedliśmy w restauracji wspierającej nasz projekt, tak samo każdego dnia spaliśmy w hotelu, współpracującym z nami podczas projektu. W zamian za ich wsparcie, promowaliśmy wszystkie miejsca na blogu i stronie internetowej, pisząc artykuły i zamieszczając wiele ciekawych zdjęć.

Co miało największy wpływ na wybór tego konkretnego projektu?

Na początku wybrałam kraj mieszczący się w Europie, ponieważ nie chciałam za bardzo oddalać się od swojego domu. Później przekonałam się, że kultura krajów mimo wszystko bardzo się różni i nie musiałam jechać do bardziej ‘egzotycznego’ państwa. Jednak największym znaczeniem, podczas wyboru projektu był zdecydowanie język angielski.

Jaką radę dałabyś osobie, która zastanawia się nad udziałem w wolontariacie Global Citizen?

Myślę, że najważniejszym aspektem jest wybranie projektu, w którym wszystkie zadania i obowiązki są szczegółowo opisane, żeby być w pełni świadomym tego, co będzie się działo. Kolejnym ważnym elementem jest to, żeby nie mieć oporów przed zadawaniem pytań komitetowi organizującemu. Istotnym jest posiadanie wszystkich niezbędnych informacji przed wyjazdem. Każdy kraj ma wiele ciekawych i intrygujących ofert, wybór należy już do każdego z osobna 😉

Czego nauczyłaś się podczas wolontariatu? Jakie wartości z niego wyniosłaś?

Najważniejszą wartością była dla mnie nauka poświęcenia i oddania. Dzięki obserwacji zespołu organizującego, mogłam zobaczyć, jak wiele poświęcają na rzecz naszego projektu, sprawiając tym samym, że wszystko w projekcie się uda. Było to dla mnie bardzo inspirujące przeżycie i do końca będę pamiętać dziewczynę, która przewodziła całemu projektowi. Wspomnienie o tym, że razem ze swoim zespołem doprowadzili projekt do końca i osiągnęli swój cel, już na zawsze będzie motywować mnie do działania. Oprócz tego, nauczyłam się również, jak współpracować z osobami z zagranicy i jak się z nimi komunikować.

Dziękujemy!

Wielkanoc inaczej … czyli jajko jajku nierówne.

12919559_1262744753738060_1758589096_o

Według starej ludowej prawdy, co kraj to obyczaj. Powiedzenie to odnosi się również do Świąt Wielkiejnocy. Jest to najważniejsze i najstarsze święto chrześcijaństwa, które upamiętnia zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, a związane z nim ludowe tradycje i obrzędy znane nam są od wieków. Dla nas Wielkanoc kojarzy się przede wszystkim z pisankami, czy lanym poniedziałkiem. A co gdyby święta te spędzić trochę inaczej?

Wielka Brytania Easter (z ang. Wielkanoc), święto obchodzone w anglosaskiej tradycji, zawdzięcza swoją nazwę bogini wiosny Eostre. Jednym z mniej typowych, a napewno dla niektórych zaskakujących zwyczajów tego kraju jest Egg Rolling – konkurs turlania ugotowanych jaj. Zwycięzcą zostaje ten, którego jajo potoczy się najdalej. Konkurs rozgrywany jest głównie w domach na północy kraju, natomiast w innych regionach ludzie bawią się w bardziej znaną nam konkurencję uderzania się jajkiem z przeciwnikiem. Przegrywa ten, którego jajko jako pierwsze zostanie uszkodzone.

Szwecja W Szwecji ludzie przebierają się za Påskkäringar, czyli “wielkanocne wiedźmy”. Tradycja ta jest pozostałością po wierzeniach w zloty czarownic. Zazwyczaj przebierają się za nie dziewczynki w wieku 5-11 lat, które w Wielką Sobotę chodzą w przebraniach po domach i w zamian za kartki z życzeniami otrzymują wielkanocne słodycze.

Stany Zjednoczone Święta w Stanach ograniczają się tylko do jednego dnia. Jest nim Niedziela Wielkanocna, kiedy to organizowane są konkursy na najciekawszy Easter Bonnet, czyli wielkanocny kapelusz.

Hiszpania Hiszpanie uważają Wielkanoc za najważniejsze święta w roku. Charakteryzuje je przede wszystkim ich mroczny, średniowieczny klimat. Od Niedzieli Palmowej do Wielkanocnego Poniedziałku odbywają się charakterystyczne procesje męczenników przypominające o zmartwychwstaniu Chrystusa. Mroczny klimat kończy się wraz z nadejściem Wielkiej Niedzieli. Wielkanoc w Hiszpanii to zdecydowanie nie tylko tradycja, ale również atrakcja turystyczna.

Francja Wbrew pozorom Wielkanocne obchody dla francuskiej nacji nie są tak znaczące, jakby mogło się wydawać. Nawet w Wielką Niedzielę otwarte są sklepy, a mieszkańcy żyją w swoim codziennym tempie. Zachowanym obrzędem jest obdarowywanie dzieci czekoladowymi jajkami. W Wielki Czwartek dzieci budują gniazda w swoich ogródkach, w których później mogą znaleźć przepyszne czekoladowe jajka i wiele innych słodkich figurek pod-rzuconych przez ‘wielkanocnego zajączka’.

Włochy Włosi zdecydowanie wyróżniają się spośród krajów Europejskich swoją biesiadnością i hucznym celebrowaniem różnorodnych wydarzeń i świąt. Również podczas obchodów Wielkiejnocy nie jest inaczej. Najważniejszym okresem dla Włochów jest niewątpliwie niedzielny obiad. Przy rodzinnym stole można skosztować tradycyjnego baraniego rosołu z pierożkami – Cappelletti oraz pieczoną jagnięcinę lub baraninę. Jako deser Włosi powszechnie jedzą tradycyjne ciasto Colomba w kształcie gołębia. Włosi nie święcą pokarmów, a za symbol uważają baranka. W wielkanocny poniedziałek większość rodzin wyjeżdża poza miasto. Jest to odpowiednik naszej majówki.

Grecja Greckie obrzędy Wielkiejnocy rozpoczynają się wtorkowymi wypiekami słodkich sezamowych bułeczek w kształcie bransolet. Wielki Piątek, tak samo jak w Polsce, jest dniem wolnym od ciężkich robót.Wielka Sobota jest dniem, kiedy Grecy udają się na mszę do Kościołów. Jest to niezwykła chwila, gdyż następuje zapalenie świec Zmartwychwstania. Święty ogień przekazywany jest wiernym, którzy kolejno odpalają swoje świece i przekazują reszcie zgromadzonych. Po powrocie do domów, stopiony wosk ze świecy wykorzystują do namalowania znaku krzyża na wejściowych drzwiach do domu. Na zakończenie wieczoru, Grecy w rodzinnym gronie spożywają zupę z baranich podrobów oraz barwione na czerwono jajka. Czerwony symbolizuje krew Zbawiciela.

Niemcy Obowiązkowym elementem Wielkanocy w Niemczech jest wielkanocny zajączek, który stanowi główny element dekoracji. Ponadto, w mieszkaniach można znaleźć zielone gałązki z wydmuszkami, a w ogrodach gniazda z pisankami, które podobnie jak we Francji, są główną atrakcją dla dzieci podczas niedzielnych poszukiwań. W Wielkanoc Niemcy obdarowują się upominkami zapakowanych w duże kolorowe, tekturowe jajka. Obchody świąt rozpoczynają się Wielki Piątek, kiedy w kościołach celebrowane jest złożenie Jezusa Chrystusa do grobu. Po nabożeństwie wierni uczestniczą w agapie – symbolicznym posiłku z chleba, wina i wody.


Jak widać im dalej w świat tym różniejsze i zaskakujace zwyczaje. Jednak wszystkich łączy jedno – powód dla którego obchodzimy te święta oraz okazja do wspólnego przeżywania tych świąt. Bez względu na to, gdzie spędzimy tegoroczne święta pamiętajmy, że jest to najlepsza okazja do spędzenia czasu z rodziną i przyjaciółmi.

autor: Karolina Ogiołda

Niesamowite przyjęcie na Tajwanie

Grzegorz Późniak wyjechał do miejscowości Taoyuan na Tajwanie, żeby odbyć zagraniczne praktyki w szwedzkiej firmie SHL-Group. Na stażu był członkiem działu Manufacturing Engineering Departament na stanowisku inżynier/stażysta produkcji. Zdecydował się na wyjazd jako absolwent studiów inżynierskich na mechatronice oraz  studiów magisterskich w języku angielskim na kierunku mechanika i budowa maszyn. Obecnie studiuje zarządzanie i inżynierię produkcji.

Skąd dowiedziałeś się o programie i dlaczego postanowiłeś wyjechać?

Na program zdecydowałem się ze względu na moje zainteresowania oraz pasje. Najważniejszą z nich jest podróżowanie, poznawanie odmiennych kultur, miejsc i ludzi.

Na swoim koncie miałem już staże zagraniczne w Norwegii, jak również dwa programy wymiany studenckiej w krajach europejskich. Wyjazdy, nauka i zdobywanie doświadczenia międzynarodowego stało się dla mnie ogromną przyjemnością, a także idealnym sposobem na ulepszanie moich zawodowych kwalifikacji.

O organizacji AIESEC słyszałem od kilku lat, od wielu znajomych, zagranicznych studentów zarówno w Polsce, jak i poza granicami naszego kraju, a z kolei sam program GT „wygooglowałem” szukając hasła „internship abroad”.

DSC_0271

Czym kierowałeś się przy wyborze praktyk?

Jednym z moich pierwszych kryteriów był wyjazd do państwa spoza Europy, bo na naszym kontynencie odwiedziłem już praktycznie każdy kraj, więc mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać, jeśli chodzi o kulturę czy zwyczaje. Kolejnym kryterium był wyjazd do wschodniej Azji, która od zawsze mnie interesowała i w pewien sposób przyciągała, ze względu na całkowitą odmienność. Naturalnie Tajwan stał się jednym z krajów branych pod uwagę. Później trafiła się firma SHL-Group, odbyłem z jej przedstawicielami udaną rozmowę przez Skype’a, której towarzyszyło mnóstwo humoru oraz pozytywnego podejścia, więc nie miałem już żadnych wątpliwości, że to właśnie tam spędzę najbliższe pół roku.

Czy miałeś jakieś obawy przed wyjazdem?

Przed samym wyjazdem nie miałem żadnych obaw, podróżowałem już wcześniej do krajów Europy, Azji i Afryki, więc wiedziałem, że mogę spodziewać się tzw. „szoku kulturowego”. Miałem bardzo pozytywne nastawienie, nie mogłem się doczekać samego wyjazdu. Pod względem zdrowotnym, wykonałem kilka dodatkowych szczepień, więc nie martwiłem się już o nic. Dużo osób przy dłuższych wyjazdach obawia się z kolei o przystosowanie się do lokalnej kuchni, w moim przypadku jednak nie było żadnych wątpliwości, ponieważ uwielbiam dania azjatyckie.

Jak wyglądał Twój dzień?

Każdy dzień zaczynał się nieco później w stosunku do moich polskich przyzwyczajeń. W firmie, dzień pracy rozpoczynał się o godzinie 9, a kończył o godzinie 18. Do tego w trakcie godzin pracy mieliśmy również godzinną przerwę na lunch. Generalnie, ludzie w ogóle nie gotują w domach, a wszyscy stołują się „na mieście” w lokalnych małych restauracyjkach, które ja raczej nazwałbym jadłodajniami. Przez to sporo czasu spędza się na wspólnym spożywanie posiłków ze znajomymi i kolegami z pracy. Podczas całego wyjazdu ani razu nic nie ugotowałem w domu, z wyjątkiem przysłowiowej „zupki chińskiej”, przez co większość dnia spędzałem na poznawaniu sekretów kuchni tajwańskiej.

Wolny czas tak naprawdę miałem codziennie dopiero po godzinie 18, kiedy zazwyczaj było już ciemno, jednak dla Tajwańczyków życie zaczyna się wieczorem. Praktycznie w każdej większej miejscowości, codziennie organizowane są nocne markety, na które przychodzi mnóstwo ludzi po to, aby zjeść kolację, jak również spotkać się ze znajomymi i zrobić zakupy. Ja na tego typu targach byłem tylko kilka razy, a większość czasu po pracy spędzałem na poznawaniu „miejscowych”, jak również na nauce języka chińskiego. Nie chodziłem na żaden kurs, ze względu na późne godziny kończenia pracy, jednak sporo nauczyłem się, dzięki codziennemu kontaktowi z językiem, a moimi najlepszymi nauczycielami byli koledzy z pracy.

W wolnym czasie udało mi się również zwiedzić praktycznie wszystkie najważniejsze zakątki wyspy, które sporo różnią się od siebie. Ponadto, podczas Chińskiego Nowego Roku, kiedy cały Tajwan przestał pracować na kilka dni, aby świętować, skorzystałem z wolnego w pracy i wybrałem się na Filipiny na kilka dni.

DSC_0270

 Na czym polegała Twoja praca?

Moja praca była głównie związana z procesami produkcji oraz montażu wyprodukowanych już elementów poprzez wszelkiego rodzaju rozwiązania polegające na wprowadzaniu usprawnień i ulepszeń, jak również rozwiązywaniu problemów, które tę produkcję spowalniały lub całkowicie zatrzymywały. W celu dążenia do doskonałości większość zadań polegała na przygotowaniu nowych konceptów maszyn montażowych, a także ulepszaniu tych obecnych. W przypadku nowych projektów, sugerowanie oraz przygotowywanie potencjalnych rozwiązań znanych z tych obecnie już stosowanych i sprawdzonych.

DSC_0266

Jak zostałeś przyjęty w firmie przez kolegów z pracy?

Ja wraz z trojgiem pozostałych stażystów, zostaliśmy przyjęci w niesamowity sposób. Pierwszy dzień w pracy był w pełni przeznaczony na nasze powitanie. Najpierw zorganizowane zostało spotkanie z nowymi zatrudnionymi osobami, gdzie każdy pokrótce powiedział, co nieco o sobie i swoich zainteresowaniach. W ten sposób poznałem pozostałych stażystów, z którymi szybko nawiązałem dobry kontakt.

Drugie spotkanie odbyło się z pracownikami mojego działu. Początkowo było to oficjalne przedstawianie się każdego z nich, jak również przydzielenie nam opiekunów, a całość zakończyła się degustacją lokalnych przysmaków oraz napojów. Atmosfera była bardzo pozytywna, utrzymała się przez cały okres mojego pobytu w firmie SHL-Group.

Co więcej, podczas całego stażu bardzo często organizowana była spora ilość wspólnych wyjść na lunch, kolację, do kina itp. Ponadto, kilka dni przed Chińskim Nowym Rokiem zorganizowany był huczny bal dla wszystkich pracowników firmy, aby razem powitać nowy rok.

Jaki według Ciebie jest Tajwan?

Jest to niesamowity kraj, który bardzo różni się od Polski. Całkowicie odmienna kultura, tradycje i jedzenie. Kuchnia Tajwanu tak jak każda inna azjatycka, charakteryzuje się bogactwem odmian ryżu, noodlami, zupkami oraz wszelkimi innymi rodzajami pikantnych potraw. Do tego sposób spożywania posiłków – zawsze używa się pałeczek, a wszystkie dania podawane są zazwyczaj na obrotowym stole.

Z drugiej strony, zachowanie ludzi jednak nie różni nas tak wiele. Każdy jest bardzo miły otwarty i przede wszystkim gościnny. Ludzie są bardzo poczytywanie nastawieni do życia jak również do obcokrajowców. Bardzo często zdarzyły mi się sytuacje, gdy ktoś na ulicy zaczepiał mnie i pytał czy nie potrzebuje pomocy, jak również pytał się o to, co robię na Tajwanie i dlaczego właśnie tutaj przybyłem. W dodatku, ludzie bardzo często lubią robić zdjęcia z obcokrajowcami i z reguły przesyłają szczery uśmiech.

Szczególnie podobały mi się wspólne wyjścia na kolacje, szczególnie na tzw. gorący kociołek, podczas którego samemu należało ugotować lub upiec daną potrawę.

zebra

 Czy ten wyjazd coś w Tobie zmienił?

Wszystkie moje wyjazdy zagraniczne zawsze dodają mi sporo odwagi oraz otwartości na inne kultury i zwyczaje. W przypadku Tajwanu, podczas mojego pobytu poznałem ogromną liczbę ludzi z różnych środowisk, z różnych krajów, z różnymi doświadczeniami i przygodami, którymi chętnie się ze mną podzielili. Dodało mi to sporo odwagi do działania, jak również podrzuciło sporo ciekawych pomysłów na przyszłość. Ponadto, podczas mojego pobytu, dzięki codziennemu kontaktowi z językiem chińskim nauczyłem się jego podstaw, więc zamówienie jedzenia w restauracji czy zapytanie o drogę nie stanowi już dla mnie żadnego problemu. Do tego, uzyskałem całkowitą pewność w posługiwaniu się językiem angielskim, ze względu na to, że przez pół roku był on moim głównym, jeżeli nie jedynym językiem, którego używałem.

 Jakie korzyści dał Ci program Global Talents?

Korzyści z programu Global Talent jest bardzo wiele. Z jednej strony niesamowita możliwość odkrycia całkowicie innej części świata, innego kraju, odmiennej kultury jak również wspaniałych ludzi. Ponadto, jest to idealna szansa na poznanie lokalnych zwyczajów oraz tradycji, co zupełnie zmienia spojrzenie na świat. Z drugiej strony, wyjazd z Global Talents jest idealną możliwością zdobycia profesjonalnego doświadczenia w międzynarodowym środowisku, a także poznanie nowoczesnych technologii i rozwiązań w pracy.

Autor: Laura Piórek

Więcej o Global Talents: http://pwr.aiesec.pl/praktykazglobaltalents

Informatyk w multikulturowym Oslo

Łukasz Zgrzebski wyjechał na praktyki jako student V roku informatyki na Politechnice Wrocławskiej. Podróż nie przeszkodziła mu w tym, by obronić pracę magisterską, będąc już za granicą. Obecnie odbywa staż w firmie Rubrikk jako Web Desinger.

Dlaczego postanowiłeś wyjechać? 

O praktykach dowiedziałem się reklamy, która chyba była wydrukowana w jednym z numerów miesięcznika “Żak”. Zawsze chciałem zwiedzić Skandynawię, a wyjechanie na praktyki było do tego świetną okazją.

 Czy miałeś jakieś obawy przed wyjazdem?

Obawy… Głównie język, ale jak się potem okazało angielski wystarczy, żeby wszystko załatwić.

Jak wygląda tam Twoje życie codzienne? Ile czasu poświęcasz na pracę i co robisz w wolnym czasie?

Pracuje standardowo 8 godzin. Mieszkam bardzo blisko pracy, więc to jest duży plus. Oslo jest bardzo zróżnicowane – mamy tu mnóstwo małych wysepek, do których możesz popłynąć łódką i jednocześnie wiele bardziej górzystych terenów, które świetnie nadają się na niedzielne wypady. Wolny czas spędzam głównie na zwiedzaniu. I nie tylko Norwegii, bo loty są tanie.

Jakie są Twoje zadania i na czym polega Twoja praca?

Projektowanie UI/UX i troche front-endowych zadań również.

Łukasz w towarzystwie kolegów z teamu

A jak przyjęli Cię koledzy z pracy? Czy nie natrafiłeś na bariery kulturowe?

Miałem dużo szczęścia, bo cała firma jest multikulturowa. Mamy tutaj ludzi z 12 krajów. Pracuję w bardzo miłej atmosferze. Co do “barier” to bardziej nazwałbym to rzeczami, które zaskakują. Bardzo ciekawe jest poznawanie punktu widzenia innych ludzi.

Jaki według Ciebie jest kraj, w którym jesteś? Jacy są ludzie, co Ci się podoba, a co nie? Czy coś Cię zaskoczyło?

Norwegia jest bardzo ciekawym krajem. Ludzie mili i pomocni. Trudno też mówić chyba o całym kraju, bo Oslo jest specyficzne, bardzo multikulturowe, wiele się tu dzieje, czego nie można raczej doświadczyć będąc na północy tego kraju. Mnie urzeka natomiast pięknymi widokami i naturą.

Co planujesz po powrocie do Polski?

Na razie nie planuje powrotu.

Czy Ty sam zmieniłeś się dzięki wyjazdowi na praktyki Global Talents? 

Na pewno mój język angielski się poprawił, a co do mnie samego to taki wyjazd zmusza Cię do bycia bardziej otwartym.

Jakie według Ciebie korzyści daje wyjazd na praktyki Global Talents?

Dla mnie to idealne połączenie zwiedzania świata ze zdobywaniem potrzebnego doświadczenia.

Autor: Laura Piórek

Więcej o Global Talents: http://pwr.aiesec.pl/praktykazglobaltalents

Brazylia, Meksyk…

Chęć odkrywania świata i odrobina odwagi – tyle wystarczy, aby przeżyć niesamowitą przygodę. Przedstawiamy historię Kasi Bartosiak, która na wolontariat z Global Citizen zdecydowała się dwukrotnie.

Na początek…Brazylia!

Mieszkanie z obcą rodziną, podróż w odległy zakątek świata – to brzmiało jak prawdziwe wyzwanie i skutkowało pewnymi obawami. Wspominając swój wyjazd, Kasia szybko zapewnia mnie, że nie były one słuszne, choć z perspektywy czasu trudno jej uwierzyć, że z wszystkim sobie poradziła. Do przezwyciężenia miała nie tylko rozłąkę z najbliższymi, ale również barierę językową, czy też nieistniejące rozkłady autobusów – konieczne było opracowywanie całej „strategii” dotarcia do swojego celu. Podróżowanie to jednak nie tylko trudności do zwalczenia, ale przede wszystkim przyjemności – gorący, brazylijski klimat oraz piękne wybrzeże stały się codziennością. Kluczowym elementem każdego wolontariatu jest wywieranie wpływu na lokalne środowisko. Kasia prowadziła konwersacje z zakresu problemów globalnych w szkole językowej z dziećmi i dorosłymi. Pomagała innym jednocześnie zdobywając cenne doświadczenie.

903060_10201193877995657_610429549_o

Co dalej?

Po powrocie z Brazylii Kasia zapragnęła wrócić do Ameryki Łacińskiej – tym razem wybrała Meksyk. Jej zadaniem było prowadzenie zajęć z dziećmi z potrzebujących rodzin, do których w ciągu sześciu tygodni zdążyła bardzo się przywiązać. Bliską relację udało jej się zbudować również z meksykańską rodziną, u której zamieszkiwała. „Meksykańska mama” z myślą o gościu z drugiego końca świata przygotowywała nawet mniej ostrą wersję sosu – to po kilku tygodniach nie było już konieczne, przecież do wszystkiego da się przyzwyczaić! Kasia pokochała Meksyk dzięki ludziom, którzy są tam wyjątkowo życzliwi, rodzinni oraz przywiązani do tradycji. Po zakończeniu projektu przyszedł czas na jeszcze lepsze poznanie Meksyku – wizyta na Jukatanie, zwiedzanie Chiapas oraz Mexico City. Czy było niebezpiecznie? Kasia zapewnia, że to jedynie stereotyp, a Meksykanów nazywa najbardziej pomocnymi ludźmi na świecie.

10454499_10204490303644238_8729292403329264517_o

Z jakim bagażem wraca się z takich podróży?

Przede wszystkim z pewnością siebie – zapewnia Kasia – dałam radę w Meksyku, dam radę wszędzie! Nauczyła się również samodyscypliny i lepszej organizacji. Po pracy z meksykańskimi dziećmi zmieniła swoje podejście do życia – zaczęła bardziej je doceniać. Jednak dzięki programowi Global Citizen można zyskać o wiele więcej. Daje on możliwość poznania kultury „od poszewki”, bycia kimś więcej niż tylko turystą. Można odczuć, że jest się obywatelem świata, jednocześnie pomagając jakiejś jego części. Kasia nadal pozostaje w kontakcie z obiema rodzinami, które ją gościły – otrzymała zaproszenie na ślub „brazylijskiej siostry”, święta Bożego Narodzenia spędziła z meksykańską rodziną.

Więcej informacji o Global Citizen znajdziesz na stronie: pwr.aiesec.pl/GlobalCitizen

Praktyki same mnie znalazły

Zimni Finowie, gorące sauny i praca, która przyszła do niego… sama. Tomek Fenczyszyn to kolejna postać, która opowiedziała nam o swoim pobycie na zagranicznych płatnych praktykach pod szyldem Global Talents. Oto jego historia.

Kiedy i dlaczego postanowiłeś wyjechać na praktyki Global Talents?

– Wyjechałem po skończeniu inżynierki na kierunku automatyka i robotyka w Gdańsku. Postanowiłem, że wyjadę, bo trochę znudziły mi się studia, chciałem zobaczyć, jak to wygląda w praktyce, poza tym nie byłem pewien czy dobrą ścieżkę wybrałem, czy na pewno powinienem się w tym kierunku rozwijać. Chciałem trochę popracować i potem zdecydować, gdzie będę uczyć się dalej.

Jak więc znalazłeś się we Wrocławiu?

– To jest cała historia! Okazało się, że firma, w której pracowałem w Finlandii, planuje „ekspansję na Polskę”. Z założenia szukali praktykanta z naszego kraju, po to, żeby potem zatrudnić go tutaj w polskim biurze. Kiedy zaczynałem, w kwietniu zeszłego roku, były w nim tylko cztery osoby, jak przyjechałem w październiku po praktykach zespół liczył już jedenaście i na stałe zaproponowano mi współpracę.

Gdzie mieszkałeś w Finlandii?

– Miasto nazywało się Jyväskylä, 300 km na północ od Helsinek. Nie za duże, liczące około 100 tysięcy mieszkańców, głównie studentów. Ja byłem tam 4 miesiące, akurat w lecie, więc było trochę opustoszałe.

Czym kierowałeś się w wyborze praktyk?

– Wybór Finlandii to był przypadek. Miałem kilka pól, w których chciałem się sprawdzić. Albo w automatyce – związanej ze studiami, albo w informatyce, bo myślałem o przekwalifikowaniu się, dlatego, że rynek w tej dziedzinie jest dużo szerszy. Brałem też pod uwagę opcję nauczania języka angielskiego. Cokolwiek by się nie trafiło w tych kategoriach, to byłbym chętny. Dlatego bardziej patrzyłem na warunki, jakie proponują. Akurat w moim wypadku było tak, że praktyki znalazły mnie – to Finowie potrzebowali kogoś o tym profilu z Polski i odezwali się do mnie przedstawiciele AIESEC z Jyväskyli i zaproponowali, żebym przyjechał. Przeszedłem proces rekrutacji i udało się. Wcześniej nie podróżowałem i chciałem ruszyć gdzieś w Europę, gdziekolwiek. To był mój pierwszy wyjazd.

Finland 2014 082

Czy miałeś jakieś obawy?

– Wcześniej mieszkałem z rodzicami, więc to było takie „wyrwanie się” z domu, „na swoje”. Wszystko musiałem sam ogarniać. W końcu życie na własną rękę – trzeba było ugotować sobie obiad, zrobić wcześniej zakupy, bo w niedzielę wszystkie sklepy są zamknięte… Z drugiej strony o język się nie bałem, bo wiedziałem, że mój angielski jest całkiem dobry, a w Finlandii wszyscy go znają, więc nie będzie to problemem. Nie wiedziałem, czy zdołam kogoś poznać, bo Finowie są nieśmiali, ja też do mega śmiałych nie należałem. Nie byłem pewien, czy w razie problemów będę miał się do kogo zgłosić, dlatego wyjeżdżałem z Aiesec, bo wiedziałem jak ta organizacja działa i miałem ten komfort, że wiedziałem, że zawsze mam kogoś, kto przyjdzie mi z pomocą. Jednak żadnych sytuacji kryzysowych nie było. Ale pomogli mi, chociażby w znalezieniu mieszkania.

Na jakim stanowisku pracowałeś?

– Oficjalnie jako Junior Java Developer, ale okazało się, że pracowałem na trochę innej płaszczyźnie i zajmowałem się głównie rozwojem stron internetowych – Java EE, Java Script, HTML. Cały pierwszy miesiąc miałem szkolenia z obsługi specjalistycznego oprogramowania IBMu, których jako student nie miałbym okazji nigdzie przećwiczyć. Solidna nauka, a potem zadania.

Firma Descom, w której były moje praktyki, zajmuje się tworzeniem portali i sklepów internetowych, głównie dla dużych klientów. Jak byłem w Finlandii pracowałem dla SGroup, właściciela największej sieci hipermarketów, 150 tysięcy pracowników, robiliśmy im intranet – takiego powiedzmy wewnętrznego facebooka, narzędzie do komunikacji wewnętrznej.

Jak przyjęli cię koledzy z pracy? Jaka panowała tam atmosfera?

– Finowie to specyficzny naród, bardzo zamknięty w sobie. Informatycy to w ogóle raczej ciche osoby, nietowarzyskie, a jeszcze do tego fińscy informatycy to już skrajność! Na początku nie mogłem się przystosować, że Finowie nie podają sobie ręki na powitanie, robią to tylko, gdy kogoś poznają. Potem jest tylko „cześć-cześć” i na tym się kończy. Dla mnie było to niespotykane i szczerze mówiąc po tych 3-4 miesiącach zaczęło mi to doskwierać.

Nie była to supertowarzyska praca, raczej każdy siedział za swoim komputerem. Ale jeśli chodzi o menadżerów czy kadrową, która się mną zajmowała to jestem bardzo zadowolony. Wspierali mnie, mówili, żebym się nie przejmował, że czegoś nie umiem. Mieli świadomość, że jestem tylko praktykantem i mogę czegoś nie potrafić zrobić. Trochę inne podejście do pracy. Są takim narodem „żyj i daj żyć innym”, nie narzucają się, unikają kontaktu, ale mają duży szacunek dla pracy innych, i to widać. W całym społeczeństwie – ludzie np. nie denerwowali się, gdy przy dużej kolejce kasjerka w supermarkecie wychodziła do toalety, wszyscy spokojnie stali, nikt się nie denerwował. W mojej pracy też – „spokojnie, nic się nie śpiesz”.

Jak wyglądało tam twoje życie codzienne?

– Pracowałem na pełny etat, ale praca była zadaniowa. Godziny pracy były luźne, mogłem przyjść na 8 albo 11, nikt nie robił problemu. Ale jakieś ramy ogólne były, przeważnie od 9 do 17. Poza tym to było najcieplejsze lato w Finlandii od 50 lat, więc korzystałem z tego. Na terenie miasta były trzy jeziora. Trochę żyłem jak na wczasach. Po tygodniu pobytu kupiłem rower, robiłem wycieczki. Oczywiście nie zapominajmy o saunie fińskiej. To nie jest jakiś stereotyp, ludzie w małych łazienkach potrafią mieć saunę dla dwóch osób. Mieszkałem w miasteczku akademickim i tam rotacyjnie każdego dnia w innym akademiku była sauna otwarta. A to jest takie miejsce, gdzie Finowie są najbardziej rozmowni, gdzie najlepiej się dogadują. Więc jeśli poznać jakiś ludzi, to właśnie tam. Najwięcej przyjaźni zawiązałem z przedstawicielami fińskiego AIESEC, nadal utrzymuję z nimi kontakt.

Spędzałem też weekendy na południu Finlandii, byłem m.in. w Helsinkach, Lahti, Tampere. Niestety nie udało mi się dojechać do Laponii, bo kwestie transportu są dość skomplikowane – nie ma tam, czym dojechać. Ale byłem też w Parku Narodowym Torronsuo, jeśli chodzi o takie atrakcje naturalne.

A jakie zauważyłeś różnice między Polakami a Finami?

– Ich podejście – ciche i bardzo tolerancyjne – to jest największa różnica, a z czasem bardzo odczuwalna. Mają taką „profesjonalną grzeczność” w biznesie, stosunkach klient -sprzedawca. Są pomocni, otwarci, grzeczni. Nie ma pojęcia „niezręcznej ciszy”. Wkręciłem się w grono znajomych, którzy znali się dość długo i milczeli też dosyć długo, a nikomu to nie przeszkadzało. To taki standard – bardziej liczy się spędzanie z kimś czasu niż rozmowa. Ale to trzeba się przyzwyczaić.  A ten ich dystans widać nawet w infrastrukturze, gdzie domy są znacznie oddalone od siebie. Nawet w barach, stoliki są rozstawione w większej odległości niż u nas. Finowie są też bardzo wysportowani, sprawiają wrażenie bardzo zdrowych. I cieszą się jak dzieci każdą chwilą słońca, po tej ich długiej zimie. Dieta jest dość polska, ale jedzą więcej ryb. I czasem mają na obiad mięso renifera albo niedźwiedzia. Ogólnie było tam tak sielankowo i spokojnie.

Jakie korzyści daje wg ciebie wyjazd na praktyki Global Talents?

– Upewniłem się, że podjąłem odpowiednią ścieżkę studiów i jestem w stanie poradzić sobie w pracy nie tylko tutaj, ale i w zupełnie innym środowisku.  Zyskałem dużo pewności siebie, zobaczyłem, że gdzie mnie życie nie rzuci, będę w stanie sobie  poradzić. I to, że od razu dostałem propozycję dobrej pracy we wrocławskim oddziale, to zupełnie inna perspektywa. Teraz studiuję na innym kierunku, wyjazd sprawił, że skończę studia trochę później niż rówieśnicy, ale teraz zupełnie inaczej na to patrzę, bo wcześniej się tego obawiałem. Mam pracę, jak studia skończę teraz albo za rok – nie robi mi to różnicy. Poza tym poznałem fińskie podejście do studiowania, widać nacisk na bardziej wszechstronny rozwój. W firmie, w której pracowałem, magistrów można było zliczyć na placach jednej ręki. A pracowało tam 100 osób. Reszta to byli ludzie, którzy trafili na praktyki na pierwszym stopniu studiów, zostali i stwierdzili, że skoro mają pracę, nie jest im to już potrzebne. Odchodzi się od modelu „studia są najważniejsze”. Tam liczą się umiejętności. Studia są dobrze widziane, ale satysfakcja z pracy daje więcej.

Rozmawiała: Laura Piórek

Więcej o Global Talents: http://pwr.aiesec.pl/praktykazglobaltalents

Rady wujka Jobsa: Miej odwagę!

Motywacje, cele, plany to punkty na drodze samorealizacji. Nikt z nas nie jest jednak w stanie przewidzieć, że wszystko uda się tak, jak to sobie zamierzaliśmy. Co wtedy? Co zrobić kiedy coś idzie nie po twojej myśli? Odpowiedzi na te pytania udziela ci dziś Steve Jobs, którego nie trzeba chyba przedstawiać.

Geniusz. Wizjoner. Twórca komputerowego imperium. Człowiek sukcesu. Nie można nie wierzyć w to, co mówi, widząc przebieg jego kariery. W wieku 21 lat założył wraz ze szkolnym kolegą Stevem Wozniakiem firmę Apple, która stała się jednym z największych na świecie producentów komputerów. Wskutek konfliktu w 1985 roku opuścił ją i stworzył firmę NeXT oraz był współzałożycielem studia filmowego Pixar. Po jej przejęciu przez Apple w roku 1996, Jobs wrócił i został prezesem. To spod jego skrzydeł wyfrunęły takie produkty jak iPod, MacBook, iTunes czy iPhone.

Jobs nie raz w życiu się mylił, wątpił i napotykał bariery. Jeśli i wy tak macie, przeczytajcie fragment jego mowy z 2005 roku, kiedy był gościem rozdania dyplomów dla absolwentów uczelni Stanford.

“Prawda jest taka, że nigdy nie ukończyłem studiów. Nigdy wcześniej nie byłem tak blisko ukończenia uczelni, jak podczas dzisiejszej gali. (…)

Zrezygnowałem z nauki w Reed College po pierwszych sześciu miesiącach, jednak pozostałem na uczelni przez następne osiemnaście miesięcy, i dopiero wtedy ostatecznie zrezygnowałem. Dlaczego zrezygnowałem? Ta historia zaczęła się zanim się urodziłem. Moja biologiczna matka była młodą, niezamężną studentką, która zdecydowała się oddać mnie do adopcji. Chciała, żebym był adoptowany przez absolwentów wyższej uczelni. Wszystko było ustalone, abym został adoptowany przez pewnego prawnika i jego żonę. Jednak tuż po moim urodzeniu postanowili, że jednak wolą adoptować dziewczynkę. Moi rodzice, którzy byli na liście oczekujących, dostali w środku nocy telefon z pytaniem “mamy nieoczekiwanego chłopca, czy go chcecie?”. Chcieli, odpowiedzieli “oczywiście”. Moja biologiczna matka zorientowała się, że mama nigdy nie skończyła studiów, a ojciec nigdy nie skończył szkoły średniej. Odmówiła podpisania ostatecznych dokumentów adopcyjnych. Ustąpiła dopiero kilka miesięcy później, gdy moi rodzice przyrzekli jej, że pewnego dnia wyślą mnie na studia. Tak też się stało. Siedemnaście lat później poszedłem na wyższą uczelnię.

Jednak naiwnie wybrałem szkołę, która była prawie tak droga jak Stanford i wszystkie oszczędności moich rodziców szły na finansowanie mojej edukacji. Po sześciu miesiącach nie mogłem dostrzec żadnych efektów i nie miałem pojęcia co chciałem robić w życiu, ani jak studia mogłyby mi w tym pomóc. Marnotrawiłem pieniądze, które moi rodzice oszczędzali przez całe życie. Dlatego zdecydowałem się zrezygnować, wierząc, że wszystko się jakoś ułoży. Był to trudny czas, ale patrząc z perspektywy, była to jedna z najlepszych decyzji jaką kiedykolwiek podjąłem. W momencie, w którym zrezygnowałem, mogłem przestać chodzić na obowiązkowe zajęcia, które mnie nie interesowały i zapisać się na te, które zapowiadały się ciekawie. Ale tak jak powiedziałem, nie były to łatwe czasy. Nie miałem pokoju w akademiku, wiec spałem na podłodze w pokoju znajomych. Zwracałem butelki po Coca-Coli za 5 centów kaucji, żeby kupić jedzenie. W każdą niedzielę chodziłem siedem mil na drugą stronę miasta, aby zjeść przyzwoity posiłek w świątyni Hare Krishna – uwielbiałem to. Wiele rzeczy, do których wtedy doszedłem przez ciekawość czy intuicję, okazały się bezcennymi doświadczeniami w późniejszym okresie. Pozwólcie, że dam wam przykład.

Reed College oferował chyba najlepszy w tamtym czasie w kraju kurs kaligrafii. W całym kampusie, każdy plakat, każda etykieta na szafie były pięknie ręcznie kaligrafowane. Ponieważ nie musiałem uczęszczać na obowiązkowe zajęcia, postanowiłem zapisać się na kaligrafię, aby nauczyć się, jak to się robi. Dowiedziałem się tam o czcionkach szeryfowych i bezszeryfowych, o zmiennych odstępach pomiędzy kombinacjami różnych liter, oraz o tym co cechuje doskonałą typografię. Było to piękne, historyczne oraz subtelne w sposób, w jaki nauka nie potrafi tego uchwycić. I to mnie zafascynowało. W żaden sposób nie liczyłem, aby którakolwiek z tych rzeczy znalazła kiedyś praktyczne zastosowanie w moim życiu. Jednak dziesięć lat później, gdy projektowaliśmy pierwszy komputer Macintosh, wszystko to do mnie powróciło. Zastosowaliśmy wszystkie te zasady w Macu – to był pierwszy komputer z piękną typografią. Gdybym nie zapisał się na ten kurs podczas studiów, Mac nie miałby wielu wzorów fontów, czy też proporcjonalnie rozmieszczonych znaków. A ponieważ Windows tylko kopiował Maca, prawdopodobnie żaden komputer osobisty by ich nie miał. Gdybym nie zrezygnował ze studiów, nie zapisałbym się na zajęcia z kaligrafii, komputery osobiste mogły by nie mieć pięknej typografii, którą posiadają. Oczywiście niemożliwe było połączenie tych zdarzeń patrząc w przyszłość, w czasie gdy byłem na uczelni. Ale było to bardzo, bardzo wyraźnie widoczne, patrząc z perspektywy 10 lat wstecz. Powiem jeszcze raz – nie można łączyć punktów patrząc w przyszłość, można je jedynie połączyć patrząc wstecz. Trzeba więc ufać, że w jakiś sposób punkty połączą się w przyszłości. Musicie w coś wierzyć: Boga, przeznaczenie, życie, karmę, cokolwiek. Ponieważ wiara, że punkty w przyszłości się połączą, da wam pewność, żeby postępować zgodnie z głosem serca, nawet jeśli zawiedzie was poza wyznaczone szlaki”*.

Nic dodać, nic ująć. Steve Jobs 9 lat temu mówił to do studentów z uniwersytetu w Stanford, dziś mówi to do ciebie. Czy nie zabraknie ci odwagi, żeby zaryzykować?

Autor: Laura Piórek

*fragment przemówienia pochodzi ze strony youtube.com

Po co wyznaczać sobie w życiu cel?

Mam dla ciebie wyzwanie. Za 3 minuty i 40 sekund dowiesz się, jaki był mój cel na dzisiejszy dzień i jak łatwo udało mi się go zrealizować. Wiesz po co w ogóle ludzie wyznaczają sobie zadania? Bo mają wtedy po prostu w życiu łatwiej. Nie tracą czasu na zbędne zastanawianie się, czym chcą się zajmować w przyszłości. Każdy coach i każdy kto osiągnął już sukces podkreśla, że skupianie się na określonym działaniu procentuje. Dlaczego?

Nie rozglądasz się na boki

Jak jest sesja to się uczysz. Twoim celem jest zdać wszystkie egzaminy. Kupujesz kawę, zarywasz noce, idziesz do biblioteki – każda czynność przybliża cię do realizacji zadnia, które sobie wyznaczyłeś. (Przeważnie) nie chodzisz w tym czasie na imprezy, nie spotykasz się z kumplami na piwo i nie grasz w LOL-a. Odrzucasz wszystkie czynności, które są zbędne, ponieważ w danym czasie jest dla ciebie coś ważniejszego.

Tak samo jest z celem życiowym. Im szybciej zrozumiesz do czego chcesz dążyć, tym szybciej przestaniesz tracić czas na rzeczy nieistotne.

W co mam celować?

Cele można wyznaczać na różne sposoby. Mogą być główne i poboczne, nadrzędne i podrzędne, dalekosiężne i bliższe. Zazwyczaj są albo sprecyzowane oraz mniej konkretne, ważne jednak by je w ogóle mieć. Nie jesteśmy wszyscy tacy sami – dla ciebie celem będzie praca w branży IT, dla twojego kolegi praca na stanowisku dyrektora w Google. Żaden z nich nie jest ani lepszy, ani gorszy. Istotne jest zaplanowanie ścieżki danej kariery, żeby uwolnić się z mentalnego chaosu. Jeśli umiemy uporządkować przestrzeń wokół siebie, życie zaczyna się nam samo układać.

Na poszczególnych etapach, warto zatrzymywać się i przed samym sobą zrobić feedback. Jeśli właśnie pokonałeś odcinek swojej drogi do sukcesu, zadaj sobie pytanie: w jaki sposób cię to rozwinęło? A myśląc o następnych krokach zastanów się – co ci to da? Jak będziesz mógł wykorzystać te umiejętności w przyszłej pracy zawodowej? Postaraj się zrobić bilans zysków i strat. Czy lepsze będzie dla ciebie podszkolenie języka obcego czy raczej zrobienie dodatkowego kursu grafiki komputerowej? Czy wystarczy zadowolić się bezpłatnymi praktykami, jeśli pojawia się prosta okazja na realizację zagranicznego, płatnego stażu w międzynarodowej firmie, który stanie się krokiem milowym na ścieżce rozwoju osobistego? Odpowiedź nasuwa się sama.

Obieranie celów to sztuka zadawania sobie pytań i znajdywania na nie odpowiedzi poprzez działanie. Cele podobne są do marzeń, ale tych zwykle nie mamy odwagi realizować.

Użyj metody SMART

Istnieje metoda formułowania celów, która nazywa się SMART. Wymaga ona dogłębnego zanalizowania tego, w jaki sposób chcemy dążyć do realizacji naszych planów Jest to akronim od angielskich słów Specific, Measurable, Achievable, Relevant , Timely defined.

W myśl tej zasady postaraj się, aby twój cel był:

– sprecyzowany – wszyscy wolimy konkrety, dlatego postaraj się ująć go w sposób jednoznaczny. Jeśli twój cel to „być szczęśliwym” lepiej zawęzić go do „będę szczęśliwy, jeśli w dwa lata zarobię na nowe audi”,

– mierzalny – sformułuj go tak, byś bez trudu mógł dostrzec rezultaty,

– osiągalny – nie powinieneś decydować się na coś, co jest niemożliwe do osiągnięcia, jeśli twój cel będzie zbyt trudny do realizacji podkopiesz swoją wiarę we własne możliwości,

– istotny – jeśli twoje dążenie będzie wartościowe i rozwojowe, zyskasz większą motywację do jego realizacji,

– określony w czasie – łatwiej będzie ci, jeśli określisz sobie ramy czasowe, bo z natury odkładamy wszystko na ostatnią chwilę i efektywniej pracujemy pod presją czasu.

Warto mieć coucha

Trenerzy, motywatorzy, couchowie albo po prostu twoi przyjaciele – jeśli będziesz otaczać się ludźmi, którzy będą cię wspierać, zachęcać i podnosić z kolan, sukces przyjdzie zdecydowanie łatwiej. Silna wola nie wystarczy, nawet doskonały plan czasami się komplikuje. Nic tak nie motywuje, jak osoba, dla której chce się działać i dokonywać wielkich rzeczy.

Na koniec ostatnia rada. Nie wiem czy kiedykolwiek ucząc się na kolokwium czy egzamin przyklejałeś sobie w mieszkaniu karteczki. To bardzo skuteczna metoda, ponieważ większość z nas jest wzrokowcami. Im częściej będziesz wbijać sobie do głowy co masz i co chcesz zrobić, tym bardziej będziesz o tym przekonany.

Moim celem było to, żebyś przeczytał ten artykuł w ciągu niecałych 4 minut i dowiedział się, jak możesz wyznaczać sobie cele i jak do nich dążyć. Ja już jestem spełniona. Teraz pora na ciebie!

Autor: Laura Piórek

Czy podróże na pewno kształcą?

Nad tym, wydaje się, nie ma co polemizować. Tylko w jaki sposób? Co takiego jest w podróży, że potrafi ona zmienić człowieka? Próbowałem ostatnio odpowiedzieć sobie na te pytania, głównie dlatego, że sam wybieram się w taką podróż za kilka miesięcy. Postaram się powiedzieć co widzę w niej dla siebie.

Obserwując innych ludzi, szczególnie ludzi, którzy osiągnęli w życiu sukces i tych, którzy zarządzają wiodącymi dzisiaj firmami, stale spotykam się z jedną rzeczą, którą oni potrafią najlepiej. A potrafią pracować z innymi. Potrafią nimi zarządzać i rozumieją ich potrzeby. Wiedzą jak ich motywować, jak zbudować odpowiednie relacje, ale nie dać wejść sobie na głowę. Potrafią rozmawiać, a przede wszystkim słuchać innych. To wszystko udowadnia jak ważne jest rozwijanie w sobie inteligencji emocjonalnej, a przede wszystkim zdolności empatii. Zastanawiam się co mogę zrobić, aby być tak sprawny jak oni.

A skąd bierze się empatia? Co sprawia, że niektórym zrozumienie sytuacji życiowej innej osoby przychodzi naturalnie, a innym dużo bardziej opornie? I czy to jest ich świadoma decyzja, czy wynik tego jak zostali wychowani? Spotkałem się z dwoma spojrzeniami na to, skąd się ona bierze. Jedna mówi o tym, że empatia pochodzi z lepszego zrozumienia siebie. Druga, o tym że zdolność do empatii wynika z tego co przeżyliśmy, czego doświadczyliśmy sami. Po pewnym czasie zrozumiałem, że obie definicje są ze sobą zbieżne.

Doświadczenie to nic innego, jak poznanie siebie w różnych sytuacjach. Każde wyzwanie jest okazją do tego, żeby skonfrontować naszą wiedzę z nową sytuacją. Niezależnie czy to sytuacja zawodowa czy życiowa. Wyzwania pozwalają nam sprawdzić siebie, bo poddają próbie nasz system wartości i to czy jesteśmy w stanie walczyć o to co sobie założyliśmy. Najłatwiej to porównać do problemów pracy, szkole albo w rodzinie. Łatwiej nam zrozumieć innych, jeśli wcześniej doświadczyliśmy podobnych rzeczy. Podobnie jest z wyzwaniami, które stawiamy sobie sami.

Porywając się na coś większego, robiąc rzeczy których się boisz i stawiając siebie w niekomfortowej sytuacji masz szansę poznać siebie. Każdy lubi spędzać czas miło i przyjemnie mimo tego że ludzie wciąż powtarzają o tym czego by chcieli i gdzie by nie wyjechali. Problem w tym, że wcale tego nie chcą. Chcieliby, gdyby to było prostsze i tańsze i nie wymagałoby wyrzeczeń. To podobnie z drogą do zarobienia pierwszego miliona. Jeśli zapytać ludzi, to okazuje się, że milionerów jest wśród nas na pęczki. Tylko mało kto decyduje się na tę drogę, kiedy zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele pracy ona wymaga i z czego muszą w życiu zrezygnować, żeby dysponować takim majątkiem.

Dążę do tego jak rozumieć sens podróży. Bo widzę ją jednocześnie jako fascynującą przygodę i jako wyzwanie. Wiem, że kiedy pojadę i znajdę się w zupełnie innym środowisku, będę miał problem żeby się odnaleźć. Ale może na początku, na tym to polega. W końcu chciałem zmienić spojrzenie i przeżyć kilka miesięcy tak, jakbym tam zamieszkał – spróbować żyć i myśleć w kategorii innego kraju, społeczeństwa.

Na pewno będę tęsknić, będę zastanawiać się czemu chciałem się wyrwać na tak długo. Ale liczę na to, że całe przedsięwzięcie mi to wynagrodzi. Że po 2 tygodniach zacznę myśleć inaczej i czerpać radość z tego, że dowiaduję się nowych rzeczy i poznaję nowych ludzi. Że robię to, czego zawsze chciałem, jestem w miejscu, w którym wcześniej nie był nikt z moich znajomych. Wiem też, że jeżeli bym zrezygnował to zawsze będę mieć do siebie żal i będę zazdrościć ludziom, którzy widzieli więcej niż ja. W końcu liczę na to, że cała podróż mnie zmieni i otworzy mi ścieżki, których wcześniej bym nie dostrzegł, gdybym nie spojrzał z innej perspektywy. Czy się mylę?

Autor: Mariusz Laszko