W pogoni za szczęściem…

Wiedziałam na 100%, że w te wakacje chcę gdzieś wyjechać i spędzić je efektywnie.

To moje ostatnie studenckie, beztroskie wakacje, kto wie co zdarzy się za rok? Możliwe, że

po obronie zacznę pracę i nie będę mogła swobodnie jeździć sobie po świecie… W tym

samym czasie pracowałam w jednym z projektów AIESEC, wysyłając studentów na

wolontariat z Global Citizen. Wtedy zaczęłam zastanawiać się, skoro wysyłam tam innych, to

dlaczego miałabym nie wysłać na wolontariat samej siebie? Podróż do Ameryki Południowej

była moim wielkim marzeniem od dawna, ale zawsze odkładałam ją „na kiedyś”. Zaczęłam

myśleć nad tym, co tak naprawdę powstrzymywało mnie przed wyjazdem, zadałam sobie

pytanie: Jeśli chcę jechać do Ameryki Południowej, to dlaczego nie zrobić tego teraz?

Okazało się, że argumenty „za” szybko przeważyły te „przeciw”. Lepszego momentu nie

będzie – jestem jeszcze na studiach, mam wolne całe wakacje, nie mam jeszcze zobowiązań,

które trzymałyby mnie w Polsce, mam odłożone pieniądze na bilet, więc… jadę!

Teraz wiem, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Wszystkie przeżycia i

doświadczenia, które zdobyłam, będąc przez 6 tygodni w Peru, są najcenniejsze, jakie udało

mi się zdobyć do tej pory. I nie mam wcale na myśli doświadczenia profesjonalnego, mimo że

takie również zdobyłam na wolontariacie – podszkoliłam swój hiszpański, pracowałam w

szkole jako psycholog, pomagając dzieciom z biednych rodzin oraz ich rodzicom i

utwierdziło mnie to w przekonaniu, że właśnie tym chciałabym się zajmować w przyszłości.

Jednak najcenniejsze doświadczenia jakie zdobyłam, to te wszystkie codzienne życiowe

sytuacje, kiedy byłam zdana tylko na siebie w zupełnie obcym kraju – nauczyłam się nie tylko

samodzielności i odpowiedzialności za własne decyzje, ale także lepiej poznałam siebie i

swoje możliwości. Dowiedziałam się, że jestem zdolna do rzeczy, których bym się po sobie

nie spodziewała – takich jak chociażby samodzielny wyjazd do Ameryki Południowej.

Wyjazd na wolontariat odmienił mnie całkowicie – nauczyłam się cierpliwości,

zaczęłam w zupełnie inny sposób patrzeć na wiele kwestii. Przestałam przejmować się

drobiazgami, żeby móc lepiej skupić się na rzeczach, które są naprawdę istotne. Nauczyłam

się, że nie zawsze muszę być perfekcyjna i podejmować dobre decyzje, że świat nie zawali

się, jeśli popełnię błąd, bo mam do tego prawo, jak każdy człowiek. Najważniejsze jest to,

żeby potrafić ten błąd naprawić. Dlatego dzisiaj zamiast panikować i obwiniać siebie – jak to

miałam w zwyczaju, zadaję sobie pytanie: „Jak mogę to naprawić?”. Jestem dużo

spokojniejsza, bo wiem, że skoro dałam sobie radę w Peru – pomagając ludziom z ich

życiowymi problemami, z których prawdopodobnie większość Europejczyków nie zdaje

sobie sprawy – to poradzę sobie również z drobnymi przeszkodami, które do tej pory

uznawałam za swoje problemy.

To niesamowite, jak perspektywa kompletnie zmienia punkt widzenia człowieka. To

wcale nie jest tak, że musiałam pojechać aż do Peru, żeby docenić jakie dobre mam życie w

Polsce, ale pobyt tam otworzył mi oczy na wiele spraw. W Europie ludzie zbyt często

denerwują się na siebie bez powodu, a zamiast cieszyć się tym co mają, zadręczają się tym,

czego im brakuje, narzekają, że mogliby zarabiać więcej, żeby kupić lepszy samochód, dom

itd. Są tak zajęci pogonią za karierą i pieniędzmi, że zamykają się na innych ludzi, nie chcą

się dzielić tym, co mają. W Peru przekonałam się, jak prawdziwe jest powiedzenie „pieniądze

szczęścia nie dają”. Oczywiście, kiedy ma się pieniądze, życie jest łatwiejsze i

przyjemniejsze, ale niekoniecznie szczęśliwsze. Od Peruwiańczyków bije taka pogoda ducha,

że miałam wrażenie, że pieniądze nie są im niezbędne do szczęścia. Mimo że wielu z nich

żyje w biedzie i bardzo skromnych warunkach, szczęście czerpią po prostu z tego, co mają i

są za to wdzięczni. Rodzice dzieci z którymi pracowałam byli szczęśliwi, że ich dzieci są

zdrowe i mogą chodzić do szkoły. Nauczycielki i dzieci w szkole codziennie przed posiłkiem

modliły się i dziękowały za to, że mają co jeść, bo jest wiele rodzin w Peru, które cierpią

głód. Rodzina, u której mieszkałam, mimo że żyła skromnie, przyjęła mnie pod swój dach jak

członka rodziny i dzieliła się ze mną wszystkim co miała. Nie chcieli nawet słyszeć o tym,

żebym w jakikolwiek sposób zrekompensowała im ich gościnność, wszystko co robili, było

zupełnie bezinteresowne.

Mogłoby się wydawać, że 6 tygodni w innym kraju to niewiele, ale jest to

wystarczająco dużo, żeby zawrzeć tam znajomości, przyjaźnie, po prostu zżyć się z ludźmi,

których się spotkało na swojej drodze – innymi wolontariuszami, AIESECerami, rodziną

goszczącą, czy z osobami w szkole. Z niektórymi łączyło mnie więcej, z innymi mniej, ale od

każdej osoby, którą tam poznałam, nauczyłam się czegoś innego. Wierzę, że oni również

nauczyli się czegoś ode mnie – chociażby wielu rzeczy o naszym kraju, których do tej pory

nie wiedzieli, niektórzy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że istnieje taki kraj jak Polska.

Pamiętam każde dziecko, z którym pracowałam i każdy problem, z którym do mnie

przychodziło. Pamiętam nadzieję w oczach dzieci, zaufanie którym mnie obdarzyły, ich

radość kiedy przychodziliśmy codziennie rano do pracy z innymi wolontariuszami, a także łzy

ostatniego dnia, kiedy musieliśmy już wracać do naszych krajów. Cieszę się, że miałam

szansę pracować jako wolontariuszka w Peru i chociaż w minimalnym stopniu wpłynąć na

poprawę sytuacji mieszkających tam dzieci. Ktoś może pomyśleć, że pojechałam tam tylko na

kilka tygodni, przecież nie zmieniłam świata… Ale dla mnie wyjazd do Peru zmienił cały mój

świat.

Autor: Anna Strumiłło